niedziela, 13 maja 2012

19

Wieczorem przychodzi M. Wspólnik w antykonsumpcyjnym procesie.
Przynosi notes z zapiskami z pierwszego miesiąca i płócienną torbę na błyszczące babskie magazyny, które odkładałam przez ostatnie miesiące. Będzie z nich robił osobiste kolaże, prezenty dla przyjaciół. M., w przeciwieństwie do nas, wyżętych przez rodzicielstwo, wciąż prowadzi bogate życie towarzyskie.

Nasze dylematy, mimo, że dotyczą innych obszarów, są podobne.
Ja jestem zmęczona robieniem kanapek na całodzienne wyjścia do parku, on - szykowaniem obiadów do roboty.
Ja staram się zracjonalizować wewnętrzną presję na zakup nowych donic na balkonowe rozsady, on wypatrzył na pchlim targu we Wrocławiu piękną porcelaną art deco i przez pół wieczora walczył z pokusą zainwestowania w nią kilku stów.
Mimo, że oboje jesteśmy na ogól konsekwentni (najpierw pytanie: czy tego potrzebuję?, potem decyzja o zakupie), to jednocześnie mamy na koncie małe porażki. Konsumpcyjne wyrzuty sumienia nie są nam obce. Ja kupuję sobie tonik za równowartość dwóch godzin swojej pracy, on nie jest w stanie odmówić sobie ukochanych perfum, które zostały wycofane 2 lata temu z produkcji. Wpada na nie przypadkiem. Przypadkiem?

Jemy cielęcinę z pieczonymi marchewkami i porami, kartofle, sałatkę z pomidorów. Ciasto, które R. ukręcił dwie godziny wcześniej, z zeszłorocznymi truskawkami (odgruzowujemy zamrażarkę, przed wysypem tegorocznych), a które wyjęliśmy z pieca 10 minut za wcześnie. Żadne z nas nie jest domowym bóstwem; jeszcze nie.
M. stwierdza jednak, że to co zostaje po zeskrobaniu niedopieczonej kałuży, jest całkiem niezłe.
To dobrze, bo dziś rano wyciągnęliśmy z szafy kuchennej butelkę prosecco - jeszcze z lutowego transportu. Zabraliśmy ją jako gościniec na śniadanie u przyjaciół. - To była ostatnia. - konstatuje ponuro R. - To co? Teraz zaczynamy piec ciasta?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz