piątek, 11 maja 2012

17

Dzień konsumpcji. Szczoteczki do zębów, pasta, ręczniki papierowe, srajtaśma, nowa gąbka, bo starą zostawiliśmy w Kornwalii, środki do sprzątania. Banały codzienności. Wszystko to, czemu zazwyczaj nie poświęca się ani czasu, ani uwagi.

Niania zabiera Dzika do Łazienek, ja sprawdzam w necie gdzie jest najbliższy Rossmann. 2, 6 km.
Na piechotę: od pół godziny do czterdziestu minut.
Autobusem:  siedem minut plus dodatkowe kilka na podejście z przystanku do sklepu.
Samochodem? Kwadrans razem z parkowaniem. Wiem, bo wybieram w końcu samochód. Jest za ciepło, w perspektywie za ciężko. Wydaje mi się, że skoro decyduję się na zakupy w moim osobistym prime-time, wycenionym wg średniej warszawskiej stawki dla niani, to powinnam zrobić to tak, aby tego czasu zużyć jak najmniej.

Parkuję, wchodzę do klimatyzowanego CH. Tuż za drzwiami: pułapka. Sklep z kosmetykami, które wyjątkowo lubię. Chwilowo nie mam kosmetycznych braków, poza jednym: od ponad miesiąca próbuję żyć bez toniku do twarzy. Skoro po upływie 30 dni, które wg guru minimalistów, Leo Babauty, wystarczają na wklejenie się nowego zwyczaju w codzienną rutynę, wciąż tęsknię za rytuałem przecierania twarzy na mokro, chyba powinnam odpuścić walkę na tym terenie i po prostu zorganizować sobie narzędzia do przecierania? Zwłaszcza, że w moim przypadku zakup toniku nie oznacza automatycznie zakupu kosmetycznych płatków. Płatki leżą w domu, od miesiąca nietknięte, dziewicze kółka w kwiatuszki, wycięte z mocno-absorbującej bawełny i obrzucone overlockiem - nie przeze mnie, ale przez jedną z chałupniczych kreatorek nowych konsumpcyjnych trendów. Znalazłam w internecie, gdy ponad półtora roku temu szukałam wielorazowych myjek do pupy swego dziecka*.

Decyzja jest szybka. Minimalistyczna. Wchodzę, zdejmuję z półki buteleczkę z podbarwionego na kobaltowo plastiku, wyciągam kartę. - Czy życzy sobie pani coś jeszcze? - rzuca sprzedawczyni. - Może krem do twarzy z tej samej serii? Może coś odżywczego do rąk? Odpytuje mnie z przynależności do klubu lojalistek, wyciąga papierową torbę, proponuje próbkę. Jedną, dwie, trzy. Jestem cenna, należy mnie przytrzymać, oflagować, przekupić. Skoro lekką ręką wydałam kilkadziesiąt złotych na 125 ml płynu, który będę aplikować na twarz, celem poddania go na tej twarzy zjawisku wyparowani, może - prawem serii - kupię całą linię produktów zapakowanych w kobaltowe naczynia, ometkowanych słowem obiecującym nieśmiertelność urody?

Łatwość, z którą przyszło mi złamać własną zasadę w sklepie z urodą zamkniętą w kobaltowym szkle (dlaczego, myślę teraz, akurat ten tonik, a nie inny? dlaczego teraz? dlaczego, wreszcie, za pieniądze?) sprawia, że w Rossmannie poruszam się jeszcze szybciej. Przy stoisku z dezodorantami jestem wobec siebie bezwzględna. Ponad tydzień temu, podczas podróży samolotem, moja ostatnia Rexona pokruszyła się na kawałki i wylądowała w koszu na śmieci. Od tego czasu nie pojawiła się następczyni. Zatrzymuję się pod półką z obietnicą całodziennej świeżości, stłoczoną pod ciśnieniem w aluminiowych tubach. Wewnętrzny głos przypomina: dziś są 32 stopnie C, a będzie więcej. Usłużna pamięć podsuwa obraz znanej aktorki eksponującej świeżo wydezodorantowane pachy w telewizji. Nie ulegam. Nie dlatego, że nie zamierzam już nigdy w życiu używać dezodorantu. Mam inny konsumpcyjny plan i zamierzam się go trzymać.

Gdy dochodzę do stoiska z papierem, koszyk jest już tak wypchany, że dwie paczki pieluch, zgrzewkę srajtaśmy i pakunek ręczników papierowych muszę trzymać pod pachą. Płacę ponad 200 zł za rzeczy, które wkrótce zostaną podzielone na porcje, miarki, odcinki a potem dokończą swego żywotu w ubikacji, zlewie, spływie prysznicowym, koszu na śmieci - powoli sublimując w gaz cieplarniany. Jedyny trwały przedmiot (oprócz opakowań) to klamerki na pranie. Przedmiot o impulsowym rodowodzie; musiałam w końcu jakoś odreagować postawione sobie ograniczenie. Mimo, że obywam się bez klamerek przez całe dorosłe życie, dziś ich zapragnęłam tak mocno, że na jakąkolwiek rozsądną rozmowę z samą sobą, nie było miejsca.

* - Wielorazowych myjek i płatków używam od półtora roku. Czasem kupuję mokre chusteczki. Płatków - w ogóle. Mniejsza o pieniądze, których nie wydałam (najtańsza paczka 120 krążków sprasowanej waty kosztuje niespełna 2 zł). Liczy się przyjemność płynąca ze świadomości, że nie dorzucam się do światowej hałdy waty poplamionej tuszem do rzęs.

3 komentarze:

  1. Pierwszy raz spotkałam się z wielorazowymi płatkami kosmetycznymi i jestem Ci wielce wdzięczna za tą wiedzę.
    Czas wprawić w ruch swoją maszynę (grubo pokrytą kurzem) i dokonać rękodzieła.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój komplet (30 sztuk) mam już prawie 2 lata.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odkąd używam wielorazowych pieluch, też o tych płatkach myślę...

    OdpowiedzUsuń