niedziela, 6 maja 2012

15

Jutro nasze walizki będą ważyć mniej niż ważyły 10 dni temu, gdy lecieliśmy do Londynu. Zniknęły zapasy: paczka pieluch, dzikowe kasze, proszek do prania, sterta papierzysk potrzebnych mi do napisania zamówienie tekstu i nie pojawiło się nic nowego. Oprócz słoika marmolady z gorzkich pomarańczy, wyprodukowanej w przyogrodowej manufakturze w Heligan i paczki krówek z clotted cream, które chcemy podarować sąsiadom - w podziękowaniu za podlewanie pomidorowej rozsady.

Biorąc pod uwagę, że każdy wyjazd (i prywatny, i pracowy) do tej pory był dla nas okazją do prywatnego importu spożywczych dóbr - duża zmiana.

Nie było łatwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz