wtorek, 29 maja 2012

28

Skończyłam czytać "Dług" Margaret Atwood. W ostatnim rozdziale Atwood cytuje fragment artykułu prasowego z Los Angeles Times, który jej matka przeczytała w 1972 roku i, najwidoczniej będąc w wstrząsie po lekturze, wycięła, zakleiła w kopercie, a kopertę schowała w kufrze:
"Do roku 2042 grozi nam światowa katastrofa ekonomiczna, jeśli nie zostanie zatrzymany wzrost gospodarczy".

Dalej, dziennikarz, podpierając się badaniami przeprowadzonymi na zlecenie Klubu Rzymskiego prognozuje "epidemię nędzy i głodu" wywołaną nadmiernie rozbujaną konsumpcją - i to na 40 lat przed plajtą Lehmann Brothers.

poniedziałek, 28 maja 2012

27

Najlepsze rzeczy na świecie są za darmo?

Zachciało nam się wejść na wieżę widokową w Wieżycy. Pojechaliśmy spontanicznie, z pustym portfelem. Na leśnym parkingu - bum, niespodzianka: 3 zł. R. wyłuskał z nieużywanej przegródki dolara, którego nosił jako ekwiwalent karpiej łuski. Kaszuba w kapeluszu przyjął. Życzył miłej wycieczki.
Doszliśmy do wieży. Bum. 5 zł za wejście. Razy dwa. A kolejnych dolarów nie mieliśmy.

Wychodzi na to, że za bardzo się rozluźniłam. Założyłam, że las, czyste powietrze, czysta woda, kibel z działającą spłuczką to powinno być to coś co jest darmo. Błąd.

czwartek, 24 maja 2012

25

Czy człowiek rodzi się konsumentem? 

***

Kapituluję w kwestiach ogrodniczych. Z siedmiu doniczkowych ofert (machniom: ty mi skrzynkę, ja ci - coś innego) udaje mi się doprowadzić do finału dwie transakcje. Wymieniam dwie długie skrzynki za książkę, jedną dostaję za uśmiech. Sadzę w nich pomidory, mam nadzieję, że lada moment dołączy do nich pachnące zielsko, dopiero co wysiane.
Świetnie sprawdza się wiaderko po kiszeniakach, i obcięte butelki po pięciolitrowym Żywcu.
Ale to nie wystarcza.
Nie chcę już dłużej czekać (kupowanie ma tę przewagę nad byciem obdarowywanym, że ma się nieporównywalnie większą kontrolę nad samym procesem), wsiadamy więc wieczorem w samochód i jedziemy do baumarketu. W koszyku lądują trzy ceramiczne donice i jedna długa plastikowa. Zakup, przed którym długo się opierałam. No i jak go teraz zaklasyfikować? Kaprys? Potrzeba? Inwestycja?
- To zależy od tego co sobie kompensujesz tym ogrodniczym szaleństwem na balkonie... - R. jest jak zwykle boleśnie precyzyjny.
Zakup nie przynosi mi przyjemności; tłumaczę sobie, że ceramiczne donice są trwalsze, ładniejsze i mniej szkodliwe (jeśli chodzi o globalny eko-rozrachunek) niż plastikowe odpowiedniki, ale mam poczucie winy. Że byłam nie dość uparta, nie dość pomysłowa, nie dość wyrozumiała. To ostatnie dotyczy kwestii estetycznych.
Donice z przetartej, piaskowej terakoty (sztuka: 21 zł) zdecydowanie ładniej wyglądają niż oskalpowane baniaki po wodzie. Gdy rozstawiam je pod ścianą, wypełnioną ziemią, wykończone pióropuszami sadzonek, poczucie winy rozpływa się.

***

Do końca miesiąca zostało 6 dni. Mamy 360 zł zł na koncie.


wtorek, 22 maja 2012

24

Jest czerwony, inkrustowany czarnymi przetarciami. Całkiem pękaty. Z przegródką na drobnicę i segregatorem na zmiętolone banknoty. Nie noszę w nim zdjęć.

Coraz śmielej sobie bez niego poczynam. Coraz dłuższe planuję ekspedycje. Dziś wyszłam na pół dnia; portfel zostawiłam w domu.

Jestem zaskoczona, że nie chodzi mi nic po głowie.

poniedziałek, 21 maja 2012

23

Kilka dni temu wyskrobałam z dna słoika resztkę mojego ulubionego dodatku jedzeniowego. Oleiste pikle z owoców mango i chilii - hinduski specjał, wyprodukowany przez brytyjską firmę Patak's. Skoncentrowana, benzynowo-owocowa moc, koncentrat Indii - do kupienia w sklepikach z orientalnym żarciem i w delikatesach.

Choć przez ostatnie kilka miesięcy znaczyłam czatnejem niemal wszystko, co niosłam do ust swych, nowego słoika nie kupię. Egzotyczne ingrediencje są na razie na czarnej liście. Dlaczego? Nie chodzi o zużycie energii koniecznie do przetransportowania skrzynki mango z Indii do Wielkiej Brytanii, a następnie słoika z ich zmacerowaną postacią z Wielkiej Brytanii do Polski. Czasem bywam konsumenckim pierwotniakiem i "odcisk węglowy" do tej pory nie miał dla mnie większego znaczenia, gdy dochodziło do wyborów kulinarnych. Jest jednak coś pociągającego w stosowaniu na co dzień nacjonalistycznej filozofii żywienia. Jest nie tylko dobroczynna (podobno), ale też porządkuje kulinarne skojarzenia (pikle z mango? Radżastan; owsianka prosto z torebki? Chicago; świeży owczy bundz? Polana Zgorzelisko). Mam w pamięci skrytkę ze smakami i zapachami. Kojarzę je z miejscami. Potem wystarczy się uraczyć aromatem zawartości słoika z naklejką Pataks' i przypomnieć sobie smak, strukturę i wygląd thali, które jadło się pewnego wieczora w Dźajpurze w towarzystwie dwóch wyjątkowych osób.

Przyjaciółka znad morza, która towarzyszyła w ostatecznym opróżnianiu słoika (ciesząc się jego zawartością) zadzwoniła wczoraj. Nie odebrałam, nie słyszałam dzwonka. Gdy oddzwoniłam godzinę później, ciekawa wieści, usłyszałam: - Wiesz, byłam w delikatesach, stałam pod ścianą sosów Patak's i nie mogłam znaleźć tego, który jadłam u ciebie. Kupiłam więc inny, z czosnkiem.

niedziela, 20 maja 2012

22

R. wyciąga rower, instaluje siodełko, zakłada Dzikowi kask - jadą na Święto Wisły na Cypel Czerniakowski. Wracają w skrajnych nastrojach: Dziko podekscytowany bliskim spotkaniem z tłumem, R. zniechęcony.
- Pięć stoisk sprzedających wiedzę, a sto: kiełbasę z grilla. Tłumy w kolejce po kiełbasę, zero zainteresowania sikorkami.
Może dlatego, że trudno wsłuchać się w wykład o życiu sikorek, gdy w ucho wciska się umpa-umpa, produkowane przez stoisko z kiełbaską? 

Dalej walczę z tematem balkonowego warzywnika. Przesadzam kilka pomidorów do pojedynczych donic. Wynoszę na dwór. Po Zimnej Zofii nie ma już śladu, ale w nocy są 2 stopnie na plusie. Pomidory się marszczą. Zabieram zmarźluchy do środka; powoli dochodzą do siebie. Sieję kolendrę i oregano w zrecyklingowanych pojemnikach, rozkładam w skrzynce taśmę z przygotowanym przez producenta aromatycznym zestawem, przykrywam ją tłustą, czarną ziemią z plastikowej torebki. Konfrontuję się z prawem większego opakowania W budzie z kwiatami na niedalekim bazarku pięciolitrowa torba ziemi kosztuje 3,5 zł; R. przywozi z najbliższego supermarketu 50-litrowy worek. Płaci niecałe 9 złotych. Otwieram go gdy już jest ciemno. Ziemia pachnie miętówkami; od grzebanie w niej mam czarne paznokcie.

Czy ziemia była kiedyś za darmo? Stopklatka. Osiedle poniemieckich domów, postawionych dla urzędników. Początek lat 80. Zaniedbany klomb pod domem zostaje podzielony na odcinki; każdy z mieszkańców domu dostaje kilka grządek. Zanim wezmą się do siania, pod dom zajeżdża ciężarówka z żyznym ładunkiem, który potem kolektywnie rozciągaliśmy grabiami po terenie. Skąd się wzięła? Kto za nią zapłacił?

Z zapowiedzianych kilkunastu skrzynek ściągnęłam na razie trzy. Plus wiaderko po kiszonych ogórkach. Jestem zniechęcona, bo w proces sprowadzenia skrzynek inwestujemy w sumie 4 godziny czasu i kilka litrów benzyny, a i tak wciąż mamy w tej dziedzinie braki. Kupienie nowych zjadłoby mniej czasu. Redukcja generuje dodatkowe koszty.




czwartek, 17 maja 2012

21

Zawzięłam się. Postanowiłam bezgotówkowo urządzić warzywniak na balkonie - korzystając z życzliwości ogólnopolskiej diaspory domowych ogrodników (i kandydatów na tychże).
Z sadzonkami, szczepkami, nasionami nie ma problemu; panują reguły rodem z pierwotnych wspólnot handlowych. Zielsko za zielsko, życie za życie, bez dziękowania. W ten klasyczny sposób staję się właścicielką sadzonek bukszpanów. Przyjeżdżają do mnie w pudełku po butach, każda z własną grudą ziemi, utuloną folią niczym opatrunkiem okluzyjnym; wsadzone do ziemi w ciągu kilku dni wypuszczają seledynowe pędy. Od matki dostaję bukiet pomidorków koktajlowych; wciskam kruche łodyżki w ziemię, łapią z nią kontakt, ustawione na parapecie, błyskawicznie zamieniają się w wiechcie o zastanawiającej budowie. Przyjaciółka z ogrodem orze ów ogród w poszukiwaniu siewek tui i cisów, znaleziska fachowo umieszcza w doniczkach.
Dzielę się swoim ogrodniczym zapałem w sieciowym zakątku, w którym zbierają się matki; w ciągu dwóch dni dostaję tyle nasiennych propozycji co atrakcyjna debiutantka na portalu randkowym.
Świat sprzyja ogrodnikom.

Oprócz nasion i sadzonek potrzebuję też doniczek. Szukam ich na serwisach dla nałogowych minimalistów (gratyzchaty i podobne), na gumtree, na tablicy. Ponieważ nie chcę wydawać na nie pieniędzy, przeglądam wyłącznie warszawskie oferty i wybieram opcję "oddam za darmo", albo "wymienię". Efekty? Marne. Donice i skrzynki to towar deficytowy, nikt się nie pozbywa; spędzam pół godziny na czesaniu internetu i znajduje tylko jedną sztukę. Piszę do właścicielki, formułuję propozycję. Niestety, nasze oczekiwania nie są kompatybilne. Właścicielka doniczki pragnie słodyczy Milky Way; musiałabym je specjalnie dla niej kupić.

Ogłaszam się ze swoją potrzebą w w/w miejscu w sieci. Dostaję sześć propozycji; jeśli choć połowę z nich uda się sfinalizować, będę mogła urządzić na balkonie nie tylko warzywniak, ale i parkur do balkonowych zawodów w skokach przez ogrodnicze skrzynki.

Ostatnim bastionem jest ziemia. Wygląda na to, że za coś, co jest za darmo, będę musiała jednak zapłacić.


20

R. przychodzi z pracy wcześniej, kładzie się na kanapie i momentalnie zasypia.
Gdy budzi się trzy kwadranse później, patrzy się na mnie wymiętolonym okiem. Jego obecny pracodawca przymierza się do wprowadzenia zmianowego systemu pracy,, a on sam dostał wczoraj nowocześnie skonstruowaną ofertę pracy; tyle, że z kompletnym brakiem poczucia bezpieczeństwa w pakiecie. Dylemat prawdziwie baumanowski. Na co postawić? Na poczucie bezpieczeństwa czy niezależność?

Przeglądam internetowe wydanie Gazety Wyborczej (odkąd zanurzyliśmy się w antykonsumpcyjnym doświadczeniu, tylko raz kupiłam papierową gazetę - dla wywiadu z nomen omen, Z. Baumannem), trafiam na apokaliptyczny apel Krzysztofa Rybińskiego. Na dobrą sprawę i my jesteśmy w strefie potencjalnego rażenia: wciąż zadłużeni po kokardę, z niewielkimi oszczędnościami ulokowanymi w banku, które w razie hiperinflacji momentalnie stopnieją, bez sreber i bez sasnali, które w razie kompletnej zapaści możnaby wymienić na czarnym rynku na połówkę świniaka. Nie mamy nawet żelaznych zapasów w szafkach; ich sporą część wyjedliśmy w kwietniu*. I nie robimy nowych. Lęku jednak w związku z powyższym nie rejestruję; jeden z mych minimalizujących się wspólników powiedział mi ostatnio, że życie bez pieniędzy to życie bez lęku. Ucina się wewnętrzna galopada: "a co, gdy..?", "a jeżeli...?" i wreszcie "czy sobie poradzę?". Poradzi sobie.

Rozstaję się z dotychczasowym podwykonawcą. Krok w tył kosztuje mnie 50% wartości pracy, którą dla mnie do tej pory wykonał, a z której nie skorzystam. Poczucie, że to jedyny słuszny kierunek jest jednak bezcenne.

Kurier przynosi telefon za złotówkę. Życzy sobie za tę przyjemność 19,99 zł. To haracz doskonały; nie da się go nijak ominąć, bo T-Mobile nie przewiduje opcji "odbiór osobisty". R. spędza pół wieczora na dokarmianiu Androida kolejnymi aplikacjami, po czym woła mnie do kuchni:
- Weź sobie ten telefon. Bardziej potrzebujesz mobilnego internetu niż ja. 
Rozpływam się. To gest, w którym mieści się wszystko.
- Tylko chciałbym, żebyś dokupiła do niego futerał.

* - dzięki konsekwentnie realizowanej polityce kupowania tylko tego co niezbędne i czyszczenia zamrażarki i kuchennych szafek, w kwietniu wydaliśmy w sklepach spożywczych tylko 465 zł. Duża w tym zasługa mojej matki, która przez moją trwającą prawie tydzień wizytę, ani razu nie pozwoliła zapłacić za zrobione zakupy.

niedziela, 13 maja 2012

19

Wieczorem przychodzi M. Wspólnik w antykonsumpcyjnym procesie.
Przynosi notes z zapiskami z pierwszego miesiąca i płócienną torbę na błyszczące babskie magazyny, które odkładałam przez ostatnie miesiące. Będzie z nich robił osobiste kolaże, prezenty dla przyjaciół. M., w przeciwieństwie do nas, wyżętych przez rodzicielstwo, wciąż prowadzi bogate życie towarzyskie.

Nasze dylematy, mimo, że dotyczą innych obszarów, są podobne.
Ja jestem zmęczona robieniem kanapek na całodzienne wyjścia do parku, on - szykowaniem obiadów do roboty.
Ja staram się zracjonalizować wewnętrzną presję na zakup nowych donic na balkonowe rozsady, on wypatrzył na pchlim targu we Wrocławiu piękną porcelaną art deco i przez pół wieczora walczył z pokusą zainwestowania w nią kilku stów.
Mimo, że oboje jesteśmy na ogól konsekwentni (najpierw pytanie: czy tego potrzebuję?, potem decyzja o zakupie), to jednocześnie mamy na koncie małe porażki. Konsumpcyjne wyrzuty sumienia nie są nam obce. Ja kupuję sobie tonik za równowartość dwóch godzin swojej pracy, on nie jest w stanie odmówić sobie ukochanych perfum, które zostały wycofane 2 lata temu z produkcji. Wpada na nie przypadkiem. Przypadkiem?

Jemy cielęcinę z pieczonymi marchewkami i porami, kartofle, sałatkę z pomidorów. Ciasto, które R. ukręcił dwie godziny wcześniej, z zeszłorocznymi truskawkami (odgruzowujemy zamrażarkę, przed wysypem tegorocznych), a które wyjęliśmy z pieca 10 minut za wcześnie. Żadne z nas nie jest domowym bóstwem; jeszcze nie.
M. stwierdza jednak, że to co zostaje po zeskrobaniu niedopieczonej kałuży, jest całkiem niezłe.
To dobrze, bo dziś rano wyciągnęliśmy z szafy kuchennej butelkę prosecco - jeszcze z lutowego transportu. Zabraliśmy ją jako gościniec na śniadanie u przyjaciół. - To była ostatnia. - konstatuje ponuro R. - To co? Teraz zaczynamy piec ciasta?

sobota, 12 maja 2012

18

Wchodzę rano do kuchni, rzucam okiem na ekran laptopa stojącego na stole. Dostaję natychmiastowego konsumpcyjnego porażenia. IPhone 4S, Samsung Galaxy S, Sony Ericksson Neo-V, Subaru Outback, Ałć - R. zapomniał wczoraj pozamykać okna przeglądanych witryn.

Na stole, oprócz laptopa, stoi miska z guacamole. Zgniecione awokado (wciąż nie jesteśmy się z nim w stanie rozstać) z kolendrą, poszatkowanym pomidorem, cebulą i sosem z cytryny. Chleb. Ser. Herbata. Dzik siedzi na blacie z nogami rozrzuconymi na boki, karmi R. winogronami, układając mu między zębami kolejne fioletowe kulki. Sielanka? Pozornie. Bo w naelektryzowanym powietrzu wisi zapowiedź konsumpcyjnego spięcia.

- Znalazlem sobie telefon - cedzi R. między winogronami.
W czerwcu mijają trzy lata od ostatniego przedłużenia mojej umowy. Samsung Omnia, który dostałam 3 lata temu był piękny, zaawansowany technologicznie i kosztowny. Po czterech miesiącach użytkowania zostawiłam go na parapecie jednej z sal Pałacu Kultury i Nauki.Miałam od tego czasu chyba z cztery aparaty, pozyskane drogą zakupu albo wymiany. Wszystkie unicestwiłam - niektóre samodzielnie, inne z pomocą ślinianek Dzika.
R. od czterech lat ma ten sam telefon, rozkładaną Motorolę z kolorowym wyświetlaczem. Obudowa jest potrzaskana, wyświetlacz sklejony przezroczystym scotchem; za każdym razem, gdy próbuję go użyć, jestem zdziwiona że staruszek nie reaguje na polecenia wydawane palcem na ekranie. Jest oporny na dotyk, anachroniczny.
Dlatego już dawno zdecydowaliśmy, że korzyści z najbliższej zmiany telefonicznej warty przejmuje R.
- Samsung Galaxy S. - mówi mój małżonek i wspólnik w minimalistycznym projekcie.
- Za złotówkę? - pytam, pakując sobie do ust pajdę chleba obficie obłożoną guacamole.
Pogodna, poranna twarz R. się napina:
- Za 639 zł. To i tak kilka razy taniej niż w regularnej sprzedaży. Chciałaś telefon z aparatem, tak?

piątek, 11 maja 2012

17

Dzień konsumpcji. Szczoteczki do zębów, pasta, ręczniki papierowe, srajtaśma, nowa gąbka, bo starą zostawiliśmy w Kornwalii, środki do sprzątania. Banały codzienności. Wszystko to, czemu zazwyczaj nie poświęca się ani czasu, ani uwagi.

Niania zabiera Dzika do Łazienek, ja sprawdzam w necie gdzie jest najbliższy Rossmann. 2, 6 km.
Na piechotę: od pół godziny do czterdziestu minut.
Autobusem:  siedem minut plus dodatkowe kilka na podejście z przystanku do sklepu.
Samochodem? Kwadrans razem z parkowaniem. Wiem, bo wybieram w końcu samochód. Jest za ciepło, w perspektywie za ciężko. Wydaje mi się, że skoro decyduję się na zakupy w moim osobistym prime-time, wycenionym wg średniej warszawskiej stawki dla niani, to powinnam zrobić to tak, aby tego czasu zużyć jak najmniej.

Parkuję, wchodzę do klimatyzowanego CH. Tuż za drzwiami: pułapka. Sklep z kosmetykami, które wyjątkowo lubię. Chwilowo nie mam kosmetycznych braków, poza jednym: od ponad miesiąca próbuję żyć bez toniku do twarzy. Skoro po upływie 30 dni, które wg guru minimalistów, Leo Babauty, wystarczają na wklejenie się nowego zwyczaju w codzienną rutynę, wciąż tęsknię za rytuałem przecierania twarzy na mokro, chyba powinnam odpuścić walkę na tym terenie i po prostu zorganizować sobie narzędzia do przecierania? Zwłaszcza, że w moim przypadku zakup toniku nie oznacza automatycznie zakupu kosmetycznych płatków. Płatki leżą w domu, od miesiąca nietknięte, dziewicze kółka w kwiatuszki, wycięte z mocno-absorbującej bawełny i obrzucone overlockiem - nie przeze mnie, ale przez jedną z chałupniczych kreatorek nowych konsumpcyjnych trendów. Znalazłam w internecie, gdy ponad półtora roku temu szukałam wielorazowych myjek do pupy swego dziecka*.

Decyzja jest szybka. Minimalistyczna. Wchodzę, zdejmuję z półki buteleczkę z podbarwionego na kobaltowo plastiku, wyciągam kartę. - Czy życzy sobie pani coś jeszcze? - rzuca sprzedawczyni. - Może krem do twarzy z tej samej serii? Może coś odżywczego do rąk? Odpytuje mnie z przynależności do klubu lojalistek, wyciąga papierową torbę, proponuje próbkę. Jedną, dwie, trzy. Jestem cenna, należy mnie przytrzymać, oflagować, przekupić. Skoro lekką ręką wydałam kilkadziesiąt złotych na 125 ml płynu, który będę aplikować na twarz, celem poddania go na tej twarzy zjawisku wyparowani, może - prawem serii - kupię całą linię produktów zapakowanych w kobaltowe naczynia, ometkowanych słowem obiecującym nieśmiertelność urody?

Łatwość, z którą przyszło mi złamać własną zasadę w sklepie z urodą zamkniętą w kobaltowym szkle (dlaczego, myślę teraz, akurat ten tonik, a nie inny? dlaczego teraz? dlaczego, wreszcie, za pieniądze?) sprawia, że w Rossmannie poruszam się jeszcze szybciej. Przy stoisku z dezodorantami jestem wobec siebie bezwzględna. Ponad tydzień temu, podczas podróży samolotem, moja ostatnia Rexona pokruszyła się na kawałki i wylądowała w koszu na śmieci. Od tego czasu nie pojawiła się następczyni. Zatrzymuję się pod półką z obietnicą całodziennej świeżości, stłoczoną pod ciśnieniem w aluminiowych tubach. Wewnętrzny głos przypomina: dziś są 32 stopnie C, a będzie więcej. Usłużna pamięć podsuwa obraz znanej aktorki eksponującej świeżo wydezodorantowane pachy w telewizji. Nie ulegam. Nie dlatego, że nie zamierzam już nigdy w życiu używać dezodorantu. Mam inny konsumpcyjny plan i zamierzam się go trzymać.

Gdy dochodzę do stoiska z papierem, koszyk jest już tak wypchany, że dwie paczki pieluch, zgrzewkę srajtaśmy i pakunek ręczników papierowych muszę trzymać pod pachą. Płacę ponad 200 zł za rzeczy, które wkrótce zostaną podzielone na porcje, miarki, odcinki a potem dokończą swego żywotu w ubikacji, zlewie, spływie prysznicowym, koszu na śmieci - powoli sublimując w gaz cieplarniany. Jedyny trwały przedmiot (oprócz opakowań) to klamerki na pranie. Przedmiot o impulsowym rodowodzie; musiałam w końcu jakoś odreagować postawione sobie ograniczenie. Mimo, że obywam się bez klamerek przez całe dorosłe życie, dziś ich zapragnęłam tak mocno, że na jakąkolwiek rozsądną rozmowę z samą sobą, nie było miejsca.

* - Wielorazowych myjek i płatków używam od półtora roku. Czasem kupuję mokre chusteczki. Płatków - w ogóle. Mniejsza o pieniądze, których nie wydałam (najtańsza paczka 120 krążków sprasowanej waty kosztuje niespełna 2 zł). Liczy się przyjemność płynąca ze świadomości, że nie dorzucam się do światowej hałdy waty poplamionej tuszem do rzęs.

niedziela, 6 maja 2012

15

Jutro nasze walizki będą ważyć mniej niż ważyły 10 dni temu, gdy lecieliśmy do Londynu. Zniknęły zapasy: paczka pieluch, dzikowe kasze, proszek do prania, sterta papierzysk potrzebnych mi do napisania zamówienie tekstu i nie pojawiło się nic nowego. Oprócz słoika marmolady z gorzkich pomarańczy, wyprodukowanej w przyogrodowej manufakturze w Heligan i paczki krówek z clotted cream, które chcemy podarować sąsiadom - w podziękowaniu za podlewanie pomidorowej rozsady.

Biorąc pod uwagę, że każdy wyjazd (i prywatny, i pracowy) do tej pory był dla nas okazją do prywatnego importu spożywczych dóbr - duża zmiana.

Nie było łatwo.

wtorek, 1 maja 2012

13

- Czekanie to luksusowe zajęcie. Nie każdy może sobie na nie pozwolić - mówi A. Jest 15.00 i właśnie podjęliśmy decyzję że poczekamy do 18.15, aż zgodnie z regulowanym przez Księżyc rytmem oceanicznych pływów, poziom wody w Morazion opadnie tak nisko, że odsłoni ułożoną z kamieni groblę prowadzącą do opactwa St Michael's Mount.
Czekając, mokniemy w kontakcie z klasyczną angielską mżawkę, która niezauważalnie przechodzi w ulewę. Schronienie jest tuż tuż; za drzwiami pubu, na sali kawiarni, w sklepie z piękną, nakrapianą ceramiką. Co jest najlepszym przyjacielem turysty, który chwilowo nie ma co ze sobą zrobić? Portfel, oczywiście.
Sklep z ceramiką, do którego jeszcze miesiąc temu wkroczyłabym dziarskim krokiem, a opuściłabym z zawiniątkiem pod pachą, jest zamknięty. Oszczędza mi to dylematów.
Otwarte są za to cztery kawiarnie; wchodzimy do tej, która wygląda najbardziej intrygująco; dawna kaplica na rozstaju dróg została przerobiona na stylową jadłodajnię. Ponieważ na miejscu okazuje się, że zapas cream tea na ten dzień został już wyczerpany, zamawiamy dzbanek herbaty i dwa kawałki ciasta. Rachunek opiewa na niecałe 10 funtów. Czekanie to kosztowne zajęcie.