poniedziałek, 30 kwietnia 2012

12

Pierwszy miesiąc mija w Kornwalii. Wśród wiejących znad Atlantyku wiatru, wciskającej się wszędzie zieleni i niezliczonych konsumpcyjnych pokus.

Pokusa pierwsza: wygodna podróż. Zrezygnowaliśmy z takiej już w lutym, gdy szukaliśmy niedrogich biletów na wydłużony weekend majowy dla całej naszej gromady. A. właśnie miała przelotny romans z Rajanerem, który jej nie kosztował wiele, więc zdecydowaliśmy się też na niego. I to był błąd. ...

Pokusa druga: przewodnik. Mam słabość do Lonely Planet. Kiedyś kupowałam papierowe wersje, od kilku lat ściągam wybrane rozdziały z ich strony. Tak też zrobiłam i teraz. Ale - opierałam się długo, do walizki wrzuciłam materiał o Kornwalii wycięty kilka tygodni wcześniej z pokładowego magazynu Lufthansy. W biblioteczce dla gości znalazłam trzy przewodniki. Próbowałam się w nie wgryźć; były w końcu za darmo! Ale się nie dało. Dziś, po śniadaniu, złożonym z bułek z kornwalijskim clotted cream i mieszanki musli z Dorset, zrobiłam to. W ciągu 5 minut wybrałam właściwy towar w sklepie, zapłaciłam za niego i ściągnęłam go na czytnik. Takie są negatywne strony posiadania aktywnej karty płatniczej. Oraz urządzenia o nazwie Kindle.

Pokusa trzecia: lokalne żarcie (i alkohol). Cydr zakupiony na farmie, piwo, clotted cream, pasty czyli gigantyczne pierogi z francuskiego ciasta - kornwalijska pizza. Jak tu nie wypić do tego piwa uwarzonego w browarze trzy wioski dalej? Na wyjazdach staram się zawsze znaleźć jak najwięcej lokalnych produktów, poznać zwyczaje śniadaniowe, obiadowe i kolacyjne tubylców i próbować żyć i jeść tak jak oni. Daliśmy sobie dyspensę na wszystkie lokalne składniki, które nie są przetworzoną żywnością, na lokalnie produkowane alkohole (ha! dziś dowiedziałam się, że w Kornwalii są trzy winnice). No ale na lotnisku, w mikro-Spaarze trafiłam na ciastka Eccleston - brytyjski wynalazek, wytwarzany tradycyjną metodą, bez dodatku niczego o skomplikowanej nazwie. Tylko masło, mąka i suszone czarne porzeczki. Skoncentrowany grzech, który powtórzyłam następnego dnia, w przydrożnym Marks&Spencer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz