niedziela, 22 kwietnia 2012

8

Trzeci tydzień skończył się.
Budzę się z resztką filmu pod powiekami: w śnie przeprowadzamy się z R. z jednego hotelu do drugiego, cały dobytek wioząc w bagażniku. Zostawiam fokusa na parkingu, zapominam go zamknąć. Trach. Następna scena: fokusa nie ma. Razem z naszym autem (które we śnie ma ten sam kolor i kształt co w realu) znika moja torba fotograficzna, laptop i stos pieluszek, których, jak sen zarządza, jestem dystrybutorką.
Najbardziej boli laptop, bo dawno nie robiłam back-upu.

W głowie - pojawia się głównie ciekawość, co przyniesie koniec miesiąca. A poza tym - ku głowy zaskoczeniu - tylko symboliczne pokus piętrzenie. Wśród pokus: panicz Lalanek, którego odkrywam w moim ulubionym sklepie z zabawkami. Panicz urodzony w Polsce, stworzony z polskich komponentów. Doskonały przykład kreacji uzależniającego produktu dla tzw. matki żoliborskiej. Wszystko jest doskonałe zaprojektowane, starannie wykonane i z pewnością odpowiednio stymulujące: lalka, zestaw ubranek dla lalki, korespondujący z zestawem strój dla dziecka, książeczka z bajkami o przygodach Panicza i Panny Lalanków. Biżu, pościel, kołyska. Brawo, dobrze odrobiona lekcja z marketingu.
Tak, tak, bezboleśnie mi kpić, gdy narzuciłam sobie reżim. W innej sytuacji Lalanek prawdopodobnie by leżał teraz koło mego synka.

W portfelu: cisza, żadnego brzęczenia ani szelestu. Powoli zaczynam się oswajać z myślą, że można wyjść z domu Bez Portfela. Za to koniecznie z paczką chusteczek, czymś do picia w termosie i czymś do zjedzenia. Koniec z szarpaniną przy bankomatach: tylko 100 zł? może 50 więcej? a może od razu 300? przecież się przyda. Jesteśmy zadziwiająco zdyscyplinowani; maszyny z pieniędzmi odwiedzamy sporadycznie i wyciągamy z nich tylko wyliczone sumki - takie, które zapewniają ich operatorom największy zarobek.

W kuchennych szafkach wciąż dużo zapasów, ale R. musi wychodzi na zakupy, bo brak nam podstawowych rzeczy: chleba, masła, pomidorów, jajek. Na obiad smażę antrykot, R. obiera pięć ostatnich ziemniaków, burcząc pod nosem frazy, w których szczególnie zauważalnym zwrotem jest "przyjemność". Ziemniak to temat podobnie grząski jak coca-cola. Rwę na kawałki liście sałaty lodowej, którą przywiozłam jeszcze z Kartuz. Wyrzucam do kosza pół patelni pęczaku z warzywami, który zrobiłam dwa dni temu i bezmyślnie zostawiłam na kuchence. I wychodzę. Zjeżdżam na dół z kluczykami w dłoni i czuję jak zaszyta we mnie pani kontrolerka dźga mnie od środka swoim kościanym paluchem: - Przecież chciałaś pojechać autobusem! Tak było, ale jestem już spóźniona.

A. zaprosiła mnie na wiosenną wymiankę. Dziesięć kobiet w wieku od dwudziestu kilku do czterdziestu kilku, domowe suszi, wino i pryzma ciuchów, które niechciane w jednych szafach być może znajdą tego wieczora nowe domy. Przywożę z sobą całą torbę ubrań, zrobiłam dokumentną czystkę w szafie i wyrzucam jej zawartość na podłogę. Na sygnał obstępujemy matę jak kurki, startujące do garści ziarna. Ko ko ko, start! Nie jestem tym razem nastawiona na wyłowienie czegokolwiek, ale w ręce wchodzi mi filcowa torebka z metką "Region Style". Lubię ten sklep, pisałam kiedyś o jego właścicielce i choć nie potrzebuję małej filcowej torebki (mam w domu przynajmniej trzy bankietówki), odkładam ją na bok.
Przeglądam bezwiednie szmaty. Nie widzę niczego. Aż nagle, piękna i młoda dziewczyna, która już na poprzedniej wymiance dała się poznać jako utalentowana łowczyni wyciąga ze stosu splecionych z sobą tkanin, coś tak absolutnie pięknego, że mam ochotę wydrzeć jej to z rąk. Odsłaniam jednak zęby i komplementuję ją.
Gdy wychodzę, A. pyta mnie, gdzie mam torbę. Tłumaczę się, że postanowiłam tym razem postąpić minimalistycznie i choć przywiozłam rzeczy trzy tuziny, ze stosu wyciągnęłam tylko trzy.
- Żeby mi to było ostatni raz! - grozi palcem A. Minimalizm nie jest społeczny?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz