sobota, 14 kwietnia 2012

5

- To głupie – mówi M. i dolewa wody do brytfanny z piekącym się kurczakiem (zjemy go potem z tłuczonymi ziemniakami, buraczkami i popijemy winem – niespodziewanym prezentem od rodziców M.), R. fantazjuje o Openerze, więc przypominam mu o naszym minimalistycznym planie. - Minimalizm jest głupi. Zwłaszcza gdy zarabia się 1700 zł miesięcznie. - dorzuca M.
Mówię mu, że owszem, zgadzam się, trudno być minimalistą gdy się ledwo skleja miesiąc, ale uważnym konsumentem można być niezależnie od tego, jak grubym portfelem się dysponuje. M. jest podminowany. Ponieważ nie stać go na naprawę starego komputera (600 zł), właśnie kupił na raty nowy (2000 zł plus odsetki dla kredytodawcy). Ma teraz w domu dwa komputery, z których jeden jest wciąż zepsuty, a drugi przez najbliższe dwa lata nie będzie należał do niego. Nie pojedzie też na szkolenie do mistrza asztanga-jogi, choć bardzo by chciał, bo mistrz bierze za udział w sesji 150 zł. A warto by było uczestniczyć przynajmniej w trzech sesjach.

R. nie tylko fantazjuje o Openerze (argument: „To konsumpcja kulturalna”), ale i przyznaje się, że w dniu wyjazdu do Kartuz zjadł obiad w barze w kabinie prysznicowej, a potem podczas postoju autobusu w Ostródzie kupił sobie kolę i batonik.
Żaden wydatek, tu 22 zł, tam 5 zł.
Czy obiad jest zbędny? Trudna sprawa. Energetycznie i zdrowotnie: jest niezbędny. Ale czy musi być obiadem kupionym w cateringowym barze? I czy jedyną alternatywą dla stołowania się w barze jest pudełko z domowym obiadem? Gdy rozkminiamy to z R., ten zdaje sobie sprawę, że do głowy mu nie przyszło aby zastosować inne rozwiązanie: wycieczkę do spożywczaka i zakup składników do kanapek, z komponującym się z tymi kanapkami napitkiem. A przecież kiedyś tak właśnie się robiło. Ilość czasu potrzeba na zamówienie i zjedzenie obiadu w kantynie: identyczna. Forsa: być może podobna. Co więc sprawia, że tak łatwo zapomina się o rozwiązaniach, które kiedyś się sprawdzały? Wysiłek.

A kola i batonik? Czy są niezbędne? Dlaczego nie sok owocowy, herbata, paczka solonych migdałów?

***

Dostajemy prztyczka w nos od tanich linii. A. wreszcie się mobilizuje i wykupuje w Rajanerze bilety dla całej naszej ekipy. Bilety, które miały kosztować stówkę, kosztują ostatecznie prawie 800 na łeb. Bo opłata za odprawę, bo opłata lotniskowa, bo opłata za bagaż, za rezerwację... Lecimy z Łodzi, więc dojdzie nam jeszcze koszt transportu. Zastanawiamy się, jak to zorganizować, aby było minimalistycznie. Niekoniecznie tanio, ale wygodnie, oszczędnie (czasowo) i jak najmniej szkodliwie. Pociąg? Wspólne auto? Autobus, a bagaże u nich w aucie?
Gdybyśmy wydawali kasę normalnym trybem, boleśnie odczulibyśmy te wakacje.


Tymczasem nie wydajemy nic. A jem, piję, myję się, zdejmuje przełopotane wiosennym wiatrem pranie, czyste dzięki nie mojemu proszkowi, dzięki wodzie, za którą nie ja płacę. Czuję się jak oszustka.
Tymczasem w moim domu, 400 km stąd, czeka bateria zapasów: pełna zamrażarka (indyk, królik, golonka z dzika, 5 kg cielęciny karmionej ekologiczną paszą – mój przydział z kooperatywowego zamówienia, zrobionego jeszcze przed rozpoczęciem mini-półrocza, domowa parzona szynka, oscypek wielki jak wrzeciono), marchew, pasternak i buraki z rodzinnego kopca, bez sztucznych nawozów, w dwóch szufladach lodówki.
Dwa kg mąki na chleb, maką tortowa, mąka z ciecierzycy, resztka mąki z kasztanów.
Makaron od Włocha – z półtora paczki. Ryż arborio.
Kilka paczek strączkowców, pomidorowe sosy, pomidory w puszce. Przecier ogórkowy na zupę. Słoik kiszonej kapusty. Dwa litry oliwy. Roczny zapas balsamico. Nieotwarta butelka oleju sezamowego. Tahini. Pasta z pestek dyni.
Sześć rodzajów soli: morska, himalajska drobna, himalajska kryształkowa, „saltflakes” z australijskiej doliny Murray, sól z wodorostami, wędzona sól z Blockhus.
Cukier taki i śmaki. Resztka syropu z agawy. Litrowy słoik miodu z Gór Świętokrzyskich; zdobycz wymiankowa.
Cała szuflada przypraw.
Roczny zapas kawy, którą u nas w domu piją tylko goście.
Niekończąca się armia herbat: czarna, zielona, oolong, resztka białej, owocowe, ziołowe. Jest co parzyć przez następne kilka miesięcy.
Mamy żelazną porcję patyczków do uszu, płynów pod prysznic, balsamów do ciała, kremów ze słonecznym filtrem, produktów do układania włosów, pudru do twarzy, cieni do oczu. Na komodzie stoją trzy buteleczki moich perfum, dwie R.; nie przewiduję aby wszystkie skończyły się przed upływem pół roku.
Nie mam żadnych zapasów pieluch, proszku do prania, w szafce pod zlewem stoi ostatnie (duże) pudełko tabletek do zmywarki, kończy się płyn do mycia naczyń, szczoteczki do zębów mają rozczochrane główki.
Ale to pojedyncze braki. Mimo, że nie od dawna nie celebrujemy zaopatrzeniowych wypraw do supermarketu, tak naprawdę niemal niczego nam nie brakuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz