środa, 25 kwietnia 2012

11

Dziś rano spotkałam się z kimś, kto godzinę swego czasu wycenia na 350 zł.
Przed spotkaniem miałam mnóstwo wątpliwości, byłam podejrzliwa, ale też ciekawa
Było... normalnie. Momentami niedoskonale.
Gdy minęła jedna z najbardziej kosztownych godzin mego życia, bez mrugnięcia okiem sięgnęłam po portfel. Mało tego, byłam wewnętrznie przekonana, że to jedne z najlepiej wydanych przeze mnie ostatnio pieniędzy. Dostałam coś bezcennego; celną i syntetyczną diagnozę oraz wewnętrzne przekonanie, że idę dobrą drogą.
I nie, nie byłam u psychoterapeuty - choć wiem, że w Warszawie są tacy co biorą 300 zł za sesję.

Czy poczucie dobrze wydanych pieniędzy może wynikać z tego, że trudno mieć do siebie pretensje gdy zapłaci się komuś tyle forsy? Co sprawia, że jedne zakupy nas satysfakcjonują, a inne wzbudzają potężny wyrzut sumienia? Czy racjonalizacja jest obroną przed owym wyrzutem?

A. nazwała nasz proces "zakupową wstrzemięźliwością". Podoba mi się to określenie, bo jest w nim zaszyta przeciwwaga: nieumiarkowanie. Jeden z grzechów.
Otworzyłam jeden z ostatnich słoików przywiezionych dwa miesiące temu z Włoch: karczochy w oliwie. Kolacja była więc bizantyjska: liście szpinaku, czerwone pomidorki, jajka od szczęśliwej kury i karczochy. Dwa pierwsze składniki kupiłam w Tesco, zapomniałam sprawdzić gdzie zostały wyprodukowane:-)

Aktywowałam kartę kredytową.  Wrrr. Ale bez niej nie dałoby się zarezerwować auta w Londynie. Paradoksalnie: wynajęci samochodu na lotnisku, za to na dłużej jest tańsze niż ta sama czynność wykonana trzy dni później, tyle, że w city. Im szybciej się dasz złapać, tym taniej.

Za dużo jeżdżę samochodem. Zdecydowanie za dużo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz