środa, 4 kwietnia 2012

1

Zaczęliśmy 4 dni temu.
Wyrzuciliśmy katalogi, kupony rabatowe, oddaliśmy nieczynną już kartę kredytową niszczarce... Pocięła ją z chrzęstem na srebrne paski.

Rozpoczęliśmy właśnie rok bez zakupów. Nie-kupujemy-tego. Tego wszystkiego, czego nie potrzebujemy. Każdy z nas osobna i również razem.

Odcięcie się od konsumpcyjnych pokus nie jest proste: kilka dni temu próbowałam anulować subskrypcję Groupona i Grupera. Mimo, że zaznaczyłam w formularzu to co powinnam zaznaczyć, codziennie kilkanaście nowych ofert wpada mi do skrzynki. Nie działa też spamowy filtr w gmailu; odkąd zaczęliśmy się minimalizować, używam funkcji oznaczenia jako spam w wypadku każdego komercyjnego mejla, który do mnie przychodzi, odpowiadam też twierdząco na każde zapytanie wujka Gmaila o anulowanie subskrypcji. Bezskutecznie. Dziś zaproponowano mi bym zajęła się pracą nad własnym wizerunkiem, zainteresowała się promocją na krzesełko do karmienia (2 w cenie 1), wystartowała w wyścigu po premierowe kiecki Bottegi Venety (auć), rzuciła okiem na wielkanocną pościel, wielkanocne spodnie i wielkanocną promocję biustonoszy. Ech. Marzy mi się przewiewna skrzynka mejlowa, do której będą wpadać tylko niezakupowe wiadomości.

Poza tym nie-kupuję-tego praktycznie bezboleśnie wplata się w naszą dzienną rutynę.
R. nie musi wiele modyfikować; odkąd pracuje w kabinie prysznicowej przy Placu Starynkiewicza, jeździ do roboty autobusem. Mam wrażenie, że pokonuje trasę do domu szybciej niżby robił to w aucie - muszę go poprosić, żeby raz spróbował się przejechać się z zegarkiem w ręku.
Trochę niewygodnie robi się w porze obiadowej; R. przynosi do roboty pudełko z prowiantem, a w tym czasie jego koledzy idą do Turka na kebaba, albo na żurek do knajpy. Pieniądz, zakup, towar jako społeczne spoiwa - temu też warto się przyjrzeć. R. ma jednak nad nimi pewną przewagę - po zrobionej w domu kanapce nie śmierdzi z paszczy tak jak po kebabie od Turka:-)
Ja umawiam się na wywiad na ławce w Łazienkach; wywiad jest z minimalistką. Jak na komendę obie wyciągamy minimalistyczne pojemniki na picie. Sigg, szwajcarskie bidony, cena: ok. 80 zł. Jesteśmy gadżetowo zsynchronizowane; podejmujemy podobne decyzje konsumenckie, w innej sytuacji byłoby nam, być może, łatwiej się zaprzyjaźnić.

Więc: zaparzony w domu rooibos w termokubku za 8 dych, kanapka z domowego, upieczonego przez sąsiadkę chleba zawinięta w japońską folię za 4 zł paczka, ławka zamiast stolika w knajpie - czy to minimalistyczne?

4 komentarze:

  1. termokubek czy bidon? jak długo bidon utrzymuje temperaturę napoju bez pokrowca?

    OdpowiedzUsuń
  2. mój? termokubek. kochany.
    zawieruszył się tydzień przed zakończeniem doświadczenia. tęsknię.

    OdpowiedzUsuń
  3. miałaś ten z rączką czy z serii steel.. on był otwierany czy zakręcany?

    zastanawiam się co kupić czy kubek czy bidon i sam nie wiem co wybrać. bo wcale to nie tania bajka ;/

    szkoda że zgubiłaś swój kubek.

    OdpowiedzUsuń
  4. z serii Steelworks - zakręcany. idealny. szkoda, że sobie poszedł. ale będzie miał następcę, bo nie wyobrażam sobie już życia bez niego.

    OdpowiedzUsuń