poniedziałek, 30 kwietnia 2012

12

Pierwszy miesiąc mija w Kornwalii. Wśród wiejących znad Atlantyku wiatru, wciskającej się wszędzie zieleni i niezliczonych konsumpcyjnych pokus.

Pokusa pierwsza: wygodna podróż. Zrezygnowaliśmy z takiej już w lutym, gdy szukaliśmy niedrogich biletów na wydłużony weekend majowy dla całej naszej gromady. A. właśnie miała przelotny romans z Rajanerem, który jej nie kosztował wiele, więc zdecydowaliśmy się też na niego. I to był błąd. ...

Pokusa druga: przewodnik. Mam słabość do Lonely Planet. Kiedyś kupowałam papierowe wersje, od kilku lat ściągam wybrane rozdziały z ich strony. Tak też zrobiłam i teraz. Ale - opierałam się długo, do walizki wrzuciłam materiał o Kornwalii wycięty kilka tygodni wcześniej z pokładowego magazynu Lufthansy. W biblioteczce dla gości znalazłam trzy przewodniki. Próbowałam się w nie wgryźć; były w końcu za darmo! Ale się nie dało. Dziś, po śniadaniu, złożonym z bułek z kornwalijskim clotted cream i mieszanki musli z Dorset, zrobiłam to. W ciągu 5 minut wybrałam właściwy towar w sklepie, zapłaciłam za niego i ściągnęłam go na czytnik. Takie są negatywne strony posiadania aktywnej karty płatniczej. Oraz urządzenia o nazwie Kindle.

Pokusa trzecia: lokalne żarcie (i alkohol). Cydr zakupiony na farmie, piwo, clotted cream, pasty czyli gigantyczne pierogi z francuskiego ciasta - kornwalijska pizza. Jak tu nie wypić do tego piwa uwarzonego w browarze trzy wioski dalej? Na wyjazdach staram się zawsze znaleźć jak najwięcej lokalnych produktów, poznać zwyczaje śniadaniowe, obiadowe i kolacyjne tubylców i próbować żyć i jeść tak jak oni. Daliśmy sobie dyspensę na wszystkie lokalne składniki, które nie są przetworzoną żywnością, na lokalnie produkowane alkohole (ha! dziś dowiedziałam się, że w Kornwalii są trzy winnice). No ale na lotnisku, w mikro-Spaarze trafiłam na ciastka Eccleston - brytyjski wynalazek, wytwarzany tradycyjną metodą, bez dodatku niczego o skomplikowanej nazwie. Tylko masło, mąka i suszone czarne porzeczki. Skoncentrowany grzech, który powtórzyłam następnego dnia, w przydrożnym Marks&Spencer.

środa, 25 kwietnia 2012

11

Dziś rano spotkałam się z kimś, kto godzinę swego czasu wycenia na 350 zł.
Przed spotkaniem miałam mnóstwo wątpliwości, byłam podejrzliwa, ale też ciekawa
Było... normalnie. Momentami niedoskonale.
Gdy minęła jedna z najbardziej kosztownych godzin mego życia, bez mrugnięcia okiem sięgnęłam po portfel. Mało tego, byłam wewnętrznie przekonana, że to jedne z najlepiej wydanych przeze mnie ostatnio pieniędzy. Dostałam coś bezcennego; celną i syntetyczną diagnozę oraz wewnętrzne przekonanie, że idę dobrą drogą.
I nie, nie byłam u psychoterapeuty - choć wiem, że w Warszawie są tacy co biorą 300 zł za sesję.

Czy poczucie dobrze wydanych pieniędzy może wynikać z tego, że trudno mieć do siebie pretensje gdy zapłaci się komuś tyle forsy? Co sprawia, że jedne zakupy nas satysfakcjonują, a inne wzbudzają potężny wyrzut sumienia? Czy racjonalizacja jest obroną przed owym wyrzutem?

A. nazwała nasz proces "zakupową wstrzemięźliwością". Podoba mi się to określenie, bo jest w nim zaszyta przeciwwaga: nieumiarkowanie. Jeden z grzechów.
Otworzyłam jeden z ostatnich słoików przywiezionych dwa miesiące temu z Włoch: karczochy w oliwie. Kolacja była więc bizantyjska: liście szpinaku, czerwone pomidorki, jajka od szczęśliwej kury i karczochy. Dwa pierwsze składniki kupiłam w Tesco, zapomniałam sprawdzić gdzie zostały wyprodukowane:-)

Aktywowałam kartę kredytową.  Wrrr. Ale bez niej nie dałoby się zarezerwować auta w Londynie. Paradoksalnie: wynajęci samochodu na lotnisku, za to na dłużej jest tańsze niż ta sama czynność wykonana trzy dni później, tyle, że w city. Im szybciej się dasz złapać, tym taniej.

Za dużo jeżdżę samochodem. Zdecydowanie za dużo.

wtorek, 24 kwietnia 2012

10

Truskawki nie są na naszej liście. Na razie. Przyjdzie czerwiec, to na listę się dostaną, na razie są pozycją na tej szerokości geograficznej ekscentryczną, więc całkowicie zakazaną.
Mimo to R. przynosi dziś z Tesco pudełeczko truskawek. Wręcza mi je z miną dostawcy świeżo upolowanego mamuta. Tuzin czerwonych owoców leży w plastikowym, przezroczystym sarkofagu. Otwieram pudełko. Pachną tak jak trzeba (czyli jak grzech). Przegryzam jedną. Smakują tak jak trzeba (czyli jak grzech). Czy mogę ufać wyposzczonej sobie?
Na liście nie ma też chałwy. Chałwa znajduje się w tej samej zakazanej kategorii co miśki haribo, sezamki, czekoladowe pralinki, ptasie mleczko - gdybyśmy je kupowali i cała zawartość przeciętnej supermarketowej półki opatrzonej hasłem "słodycze". Wyjmuję więc z pudełka ostatni prostopadłościan ulepiony ze startego sezamu, sklejonego syropem glukozowym, dzielę go na pół, rozkładam na talerzykach. Konfekcjonowana pokusa zostaje starta trzonowcami, wgnieciona w podniebienie. Minuta i po pokusie.

Od 1 kwietnia każdej decyzji zakupowej towarzyszy proces myślowy.
Pasztet? Czy jest dozwolony? Nie, bo mogę przecież upiec go sama. Tak, bo go nie upiekę, a ten, nad którym rozmyślam, jest w stu procentach mięsny.
Jabłka? Tu dylematów nie mam.
Ziemniaki? Podobnie; zwłaszcza, że z kilku odmian zaoferowanych przez sprzedawczynię, wybieram krajowe, żółte, rozgotowujące się.
Biszkopty dla Dzika? Na szczęście ich nie ma, sprzedawczyni proponuje temat zastępczy "mufiny orkiszowe" - do samodzielnego wykonania. Ściskam i ten pomysł, i płynny składnik (maślanka), donoszę do domu, pakuję do piekarnika blachę mufinów z tego co znalazłam w szafkach. Dlatego są słabo wyrośnięte. 


Wciąż nie mogę zdecydować czy powinniśmy wykreślić z listy winogrona, awokado i banany.

***

Przychodzi O. Kwitnąca, na moment przed porodem. Pożycza od nas bujaczek, w ostatnim momencie wciskam jej jeszcze chustę. Tak bardzo chcę dołączyć do kobiecego kręgu, który ją zasypał elementami wyprawki. Bo O. niczego tym razem nie kupiła. Od wózka, przez kosz do spania, po ubranka - wszystko dostała od zaprzyjaźnionych kobiet. Ale tak kwitnącej O. nie da się nie obdarować.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

9

- Musisz aktywować kartę kredytową - oznajmia mi R, pomiędzy jednym kęsem pure z dzisiejszych ziemniaków i przedwczorajszego zielonego groszku (akcja reanimacja).
Za kilka dni wyjeżdżamy do Anglii. Na 10 dni. Bez karty kredytowej, którą zamroziłam z 1 kwietnia, nie jesteśmy w stanie wynająć auta. Nie możemy użyć karty naszych przyjaciół, bo dane kierowcy muszą się zgadzać z danymi na karcie kredytowej.
Bierzemy oczywiście pod uwagę inne opcje. Pociąg jest kontrowersyjny finansowo (bilet na trasie z Londynu do Looe dla jednej osoby kosztuje tyle co wynajęcie małego autka na tydzień), autobus - kontrowersyjny komfortowo (pięć godzin z Dzikiem na kolanach to wyzwanie), autostop - kontrowersyjny, jeśli chodzi o fotelikowe bezpieczeństwo.
Jutro zadzwonimy do siostry mojej przyjaciółki, u której będziemy nocować w Londynie i zadamy je pytanie, którego w normalnym, konsumpcyjnym życiu bym jej pewnie nie zadała: - Czy masz samochód i czy możesz nam go pożyczyć na tydzień?
A potem prawdopodobnie zadzwonię na infolinię mego banku i aktywuję kartę kredytową. Cholera.

niedziela, 22 kwietnia 2012

8

Trzeci tydzień skończył się.
Budzę się z resztką filmu pod powiekami: w śnie przeprowadzamy się z R. z jednego hotelu do drugiego, cały dobytek wioząc w bagażniku. Zostawiam fokusa na parkingu, zapominam go zamknąć. Trach. Następna scena: fokusa nie ma. Razem z naszym autem (które we śnie ma ten sam kolor i kształt co w realu) znika moja torba fotograficzna, laptop i stos pieluszek, których, jak sen zarządza, jestem dystrybutorką.
Najbardziej boli laptop, bo dawno nie robiłam back-upu.

W głowie - pojawia się głównie ciekawość, co przyniesie koniec miesiąca. A poza tym - ku głowy zaskoczeniu - tylko symboliczne pokus piętrzenie. Wśród pokus: panicz Lalanek, którego odkrywam w moim ulubionym sklepie z zabawkami. Panicz urodzony w Polsce, stworzony z polskich komponentów. Doskonały przykład kreacji uzależniającego produktu dla tzw. matki żoliborskiej. Wszystko jest doskonałe zaprojektowane, starannie wykonane i z pewnością odpowiednio stymulujące: lalka, zestaw ubranek dla lalki, korespondujący z zestawem strój dla dziecka, książeczka z bajkami o przygodach Panicza i Panny Lalanków. Biżu, pościel, kołyska. Brawo, dobrze odrobiona lekcja z marketingu.
Tak, tak, bezboleśnie mi kpić, gdy narzuciłam sobie reżim. W innej sytuacji Lalanek prawdopodobnie by leżał teraz koło mego synka.

W portfelu: cisza, żadnego brzęczenia ani szelestu. Powoli zaczynam się oswajać z myślą, że można wyjść z domu Bez Portfela. Za to koniecznie z paczką chusteczek, czymś do picia w termosie i czymś do zjedzenia. Koniec z szarpaniną przy bankomatach: tylko 100 zł? może 50 więcej? a może od razu 300? przecież się przyda. Jesteśmy zadziwiająco zdyscyplinowani; maszyny z pieniędzmi odwiedzamy sporadycznie i wyciągamy z nich tylko wyliczone sumki - takie, które zapewniają ich operatorom największy zarobek.

W kuchennych szafkach wciąż dużo zapasów, ale R. musi wychodzi na zakupy, bo brak nam podstawowych rzeczy: chleba, masła, pomidorów, jajek. Na obiad smażę antrykot, R. obiera pięć ostatnich ziemniaków, burcząc pod nosem frazy, w których szczególnie zauważalnym zwrotem jest "przyjemność". Ziemniak to temat podobnie grząski jak coca-cola. Rwę na kawałki liście sałaty lodowej, którą przywiozłam jeszcze z Kartuz. Wyrzucam do kosza pół patelni pęczaku z warzywami, który zrobiłam dwa dni temu i bezmyślnie zostawiłam na kuchence. I wychodzę. Zjeżdżam na dół z kluczykami w dłoni i czuję jak zaszyta we mnie pani kontrolerka dźga mnie od środka swoim kościanym paluchem: - Przecież chciałaś pojechać autobusem! Tak było, ale jestem już spóźniona.

A. zaprosiła mnie na wiosenną wymiankę. Dziesięć kobiet w wieku od dwudziestu kilku do czterdziestu kilku, domowe suszi, wino i pryzma ciuchów, które niechciane w jednych szafach być może znajdą tego wieczora nowe domy. Przywożę z sobą całą torbę ubrań, zrobiłam dokumentną czystkę w szafie i wyrzucam jej zawartość na podłogę. Na sygnał obstępujemy matę jak kurki, startujące do garści ziarna. Ko ko ko, start! Nie jestem tym razem nastawiona na wyłowienie czegokolwiek, ale w ręce wchodzi mi filcowa torebka z metką "Region Style". Lubię ten sklep, pisałam kiedyś o jego właścicielce i choć nie potrzebuję małej filcowej torebki (mam w domu przynajmniej trzy bankietówki), odkładam ją na bok.
Przeglądam bezwiednie szmaty. Nie widzę niczego. Aż nagle, piękna i młoda dziewczyna, która już na poprzedniej wymiance dała się poznać jako utalentowana łowczyni wyciąga ze stosu splecionych z sobą tkanin, coś tak absolutnie pięknego, że mam ochotę wydrzeć jej to z rąk. Odsłaniam jednak zęby i komplementuję ją.
Gdy wychodzę, A. pyta mnie, gdzie mam torbę. Tłumaczę się, że postanowiłam tym razem postąpić minimalistycznie i choć przywiozłam rzeczy trzy tuziny, ze stosu wyciągnęłam tylko trzy.
- Żeby mi to było ostatni raz! - grozi palcem A. Minimalizm nie jest społeczny?

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

6

Spięcie, a właściwie seria wyładowań.
Na tle nie-kupowania, z nie-kupowaniem w tle.

Na wyjątkowo długi weekend jedziemy na Wyspy Brytyjskie. Najpierw Londyn, potem Kornwalia, dom wynajęty razem z przyjaciółmi. Miało być tanio i wytwornie, jest drogo i niewygodnie. Ech. Dziś nie odnajduję się w minimalistycznej konwencji.

sobota, 14 kwietnia 2012

5

- To głupie – mówi M. i dolewa wody do brytfanny z piekącym się kurczakiem (zjemy go potem z tłuczonymi ziemniakami, buraczkami i popijemy winem – niespodziewanym prezentem od rodziców M.), R. fantazjuje o Openerze, więc przypominam mu o naszym minimalistycznym planie. - Minimalizm jest głupi. Zwłaszcza gdy zarabia się 1700 zł miesięcznie. - dorzuca M.
Mówię mu, że owszem, zgadzam się, trudno być minimalistą gdy się ledwo skleja miesiąc, ale uważnym konsumentem można być niezależnie od tego, jak grubym portfelem się dysponuje. M. jest podminowany. Ponieważ nie stać go na naprawę starego komputera (600 zł), właśnie kupił na raty nowy (2000 zł plus odsetki dla kredytodawcy). Ma teraz w domu dwa komputery, z których jeden jest wciąż zepsuty, a drugi przez najbliższe dwa lata nie będzie należał do niego. Nie pojedzie też na szkolenie do mistrza asztanga-jogi, choć bardzo by chciał, bo mistrz bierze za udział w sesji 150 zł. A warto by było uczestniczyć przynajmniej w trzech sesjach.

R. nie tylko fantazjuje o Openerze (argument: „To konsumpcja kulturalna”), ale i przyznaje się, że w dniu wyjazdu do Kartuz zjadł obiad w barze w kabinie prysznicowej, a potem podczas postoju autobusu w Ostródzie kupił sobie kolę i batonik.
Żaden wydatek, tu 22 zł, tam 5 zł.
Czy obiad jest zbędny? Trudna sprawa. Energetycznie i zdrowotnie: jest niezbędny. Ale czy musi być obiadem kupionym w cateringowym barze? I czy jedyną alternatywą dla stołowania się w barze jest pudełko z domowym obiadem? Gdy rozkminiamy to z R., ten zdaje sobie sprawę, że do głowy mu nie przyszło aby zastosować inne rozwiązanie: wycieczkę do spożywczaka i zakup składników do kanapek, z komponującym się z tymi kanapkami napitkiem. A przecież kiedyś tak właśnie się robiło. Ilość czasu potrzeba na zamówienie i zjedzenie obiadu w kantynie: identyczna. Forsa: być może podobna. Co więc sprawia, że tak łatwo zapomina się o rozwiązaniach, które kiedyś się sprawdzały? Wysiłek.

A kola i batonik? Czy są niezbędne? Dlaczego nie sok owocowy, herbata, paczka solonych migdałów?

***

Dostajemy prztyczka w nos od tanich linii. A. wreszcie się mobilizuje i wykupuje w Rajanerze bilety dla całej naszej ekipy. Bilety, które miały kosztować stówkę, kosztują ostatecznie prawie 800 na łeb. Bo opłata za odprawę, bo opłata lotniskowa, bo opłata za bagaż, za rezerwację... Lecimy z Łodzi, więc dojdzie nam jeszcze koszt transportu. Zastanawiamy się, jak to zorganizować, aby było minimalistycznie. Niekoniecznie tanio, ale wygodnie, oszczędnie (czasowo) i jak najmniej szkodliwie. Pociąg? Wspólne auto? Autobus, a bagaże u nich w aucie?
Gdybyśmy wydawali kasę normalnym trybem, boleśnie odczulibyśmy te wakacje.


Tymczasem nie wydajemy nic. A jem, piję, myję się, zdejmuje przełopotane wiosennym wiatrem pranie, czyste dzięki nie mojemu proszkowi, dzięki wodzie, za którą nie ja płacę. Czuję się jak oszustka.
Tymczasem w moim domu, 400 km stąd, czeka bateria zapasów: pełna zamrażarka (indyk, królik, golonka z dzika, 5 kg cielęciny karmionej ekologiczną paszą – mój przydział z kooperatywowego zamówienia, zrobionego jeszcze przed rozpoczęciem mini-półrocza, domowa parzona szynka, oscypek wielki jak wrzeciono), marchew, pasternak i buraki z rodzinnego kopca, bez sztucznych nawozów, w dwóch szufladach lodówki.
Dwa kg mąki na chleb, maką tortowa, mąka z ciecierzycy, resztka mąki z kasztanów.
Makaron od Włocha – z półtora paczki. Ryż arborio.
Kilka paczek strączkowców, pomidorowe sosy, pomidory w puszce. Przecier ogórkowy na zupę. Słoik kiszonej kapusty. Dwa litry oliwy. Roczny zapas balsamico. Nieotwarta butelka oleju sezamowego. Tahini. Pasta z pestek dyni.
Sześć rodzajów soli: morska, himalajska drobna, himalajska kryształkowa, „saltflakes” z australijskiej doliny Murray, sól z wodorostami, wędzona sól z Blockhus.
Cukier taki i śmaki. Resztka syropu z agawy. Litrowy słoik miodu z Gór Świętokrzyskich; zdobycz wymiankowa.
Cała szuflada przypraw.
Roczny zapas kawy, którą u nas w domu piją tylko goście.
Niekończąca się armia herbat: czarna, zielona, oolong, resztka białej, owocowe, ziołowe. Jest co parzyć przez następne kilka miesięcy.
Mamy żelazną porcję patyczków do uszu, płynów pod prysznic, balsamów do ciała, kremów ze słonecznym filtrem, produktów do układania włosów, pudru do twarzy, cieni do oczu. Na komodzie stoją trzy buteleczki moich perfum, dwie R.; nie przewiduję aby wszystkie skończyły się przed upływem pół roku.
Nie mam żadnych zapasów pieluch, proszku do prania, w szafce pod zlewem stoi ostatnie (duże) pudełko tabletek do zmywarki, kończy się płyn do mycia naczyń, szczoteczki do zębów mają rozczochrane główki.
Ale to pojedyncze braki. Mimo, że nie od dawna nie celebrujemy zaopatrzeniowych wypraw do supermarketu, tak naprawdę niemal niczego nam nie brakuje.

niedziela, 8 kwietnia 2012

4

Przeciętna warszawska rodzina wydaje na wielkanocne śniadanie 150 zł. Wg badań. Badania nie precyzują czy suma obejmuje tylko śniadaniowe menu, czy również następującą po nim paradę ciast.

Nasz wkład w świąteczną wyżerkę jest niedosłowny: przywozimy ze sobą karton soków z Suwalszczyzny, wyciskanych prze wiklinową praskę (zamówiliśmy je już jakiś czas temu, w ramach jednej ze stołecznych kooperatyw), swojską kiełbasę (efekt eksperymentów ojca R.), trochę egzotyczności przywiezionych z Singapuru i 5 litrów wódki. To wódczane przegrupowanie; u nas butelki się kurzą, moja matka planuje wykorzystać ich zawartość do zrobienia nalewki z kwiatów czarnego bzu.

Rodzice decydują się w tym roku na śniadanie w wersję mini - tak przynajmniej twierdzą. Na stół trafia wielka miska jarzynowej sałatki (12,5 zł), biała pieczona kiełbasa (6 zł) z chrzanową ćwikłą (2,5 zł), plasterki pieczonego indyczego udźca (4 zł), kotlety z pstrąga (20 zł), faszerowane jajka - wolnowybiegowe, więc po 80 gr sztuka (5,60 zł). Jest chleb, pomidory, ogórki, masło z własnoręcznie wysianą rzeżuchą. Grzybki z piwnicy. Całość: 71,6 zł. Połowa średniej. Mało? Dużo? Minimalistycznie?

Śniadanie jemy też na kolację.

 ***


Odwiedzam K.
Sterty ubrań. Sterty zabawek, przyrządów plastycznych, gier, książek, klocków, naczyń. K. jest zmęczona. Myśli o zmianie, generalnej redukcji, ale przeszkód jest na razie więcej niż potencjalnych korzyści. Rozmowa schodzi na tematy materialne: - Jestem jak ciotka A. przytłoczona przez rzeczy, bezsilna wobec rzeczy. Chciałabym się przeprowadzić, wtedy mogłabym wyrzucić Te Rzeczy. Ale czy na pewno bym je wyrzuciła? To przecież moje rzeczy!

Rozumiem ją doskonale. Sama, choć mam zadatki na reduktorkę – działam jednak w trybie powściągliwym. Nie jestem w stanie pozbyć się spódnicy mojej matki, która uprzyjemniała jej pewne lato w latach 70. Na dnie sterty nienoszonych ubrań wciąż leży sukienka, którą nosiłam zimą 1993 roku. Może następną zimą też. Ale w pewnym momencie z niej wyrosłam – nie rozmiarowo, ale mentalnie.

sobota, 7 kwietnia 2012

3

Rano R. robi zakupy: trzy banany, dwa jabłka, ogórek, pomidor, niegazowany Żywiec, jajka. W sumie 16 zł - to nasze największe zakupy od tygodnia; ćwiczymy się w sztuce pojedynczego kupowania.

Mamy 400 km do przejechania i dwie trasy do wyboru: decyzję podejmujemy na Wisłostradzie. Wybieramy autostradę. Jest wygodniejsza, bezpieczniejsza, mniej zatłoczona. Nie ma też przy niej Młynu pod Mariaszkiem, w którym na ogół, gdy jedziemy na północ, robimy sobie przerwę na popas. Autostrada ma właściwie tylko dwa minusy w stosunku do siódemki: najpierw trzeba do niej dojechać, a potem zapłacić za przejazd. 17 zł z Nowej Wsi do Rusocina.
Podróż jest niemal doskonale minimalistyczna. Pusto, jakby wszystko wywiało, odległość z Warszawy na Kaszuby robimy w 4 i pół godziny, Dziko śpi.

- Wydajesz za dużo pieniędzy. - mówi moja matka, stawiając kubki z herbatą na stole. Dwie herbaty z jednej torebki, sok z cytryny, płaska łyżeczka cukru. W moim rodzinnym domu panuje odgórne zarządzanie słodzeniem.- To ci dobrze zrobi. Obawiam się jedynie, że możesz po zakończeniu tego okresu znów się rozhulać.

Uwaga mojej matki, mistrzyni w gospodarzeniu, jest dla mnie trudna. Dlatego, że jest oceniająca, ale i też dlatego, że jest prawdziwa. Wydajemy niemal wszystko co zarabiamy. Niemal, bo odkąd pracuję jako wolny strzelec (czyli od 12 lat) odkładam 10% z każdego dochodu, który wpłynie na moje konto. Na osobne konto. W tym jestem konsekwentna. Brak mi za to konsekwencji w zarządzaniu odkładaną sumą. Część tej zwiększającej się co miesiąc sumy inwestuję, część trzymam na lokacie, część pożyczam przyjaciołom w potrzebie i niestety, również samej sobie... Nadgryzałam swoją żelazną (nazywam ją rezerwą emerytalną) rezerwę przy kupowaniu mieszkania, ale również przy inwestycjach w sprzęt fotograficzny. Mam też na koncie klasyczną fanaberię; za pieniądze z własnego emerytalnego funduszu kupiłam sobie coś, czego jedyną funkcją było poprawienie mojego samopoczucie. Do tej pory się nie spłaciłam; na korkowej tablicy nad biurkiem wisi karteczka z sumą, którą powinnam uregulować. Dług wewnętrzny uwiera tak samo mocno jak zewnętrzne wierzytelności.

Większość naszych przyjaciół żyje w podobny sposób; wydając wszystko co zarabiają. Nie ma znaczenia, czy ich miesięczny dochód to 2 tysiące złotych, czy 12. Gdy nadchodzi dzień przed wypłatą, na koncie jest zero. Czy można to trwale zmienić?

- A wiesz, że u nas w mieście właśnie padła wygrana w Totka? 13 milionów! - mówi moja matka. - Wiesz, kto wygrał? Chrześniaczka twojej matki chrzestnej!

czwartek, 5 kwietnia 2012

2

Przecinania handlowych więzów ciąg dalszy.
Rozluźniam kontakt z Allegro, rezygnując z subskrypcji ofert ulubionych sprzedawców, żegnam się z Muji (japońską sieciówką, która udanie zagospodarowuje minimalistyczną niszę - wciąż chodzi mi po głowie moździerz z drzewa klonowego, który mają w ofercie), amerykańskim sklepem z pieluchami Nappy Shoppe i serwisem PromotionalCodes.org.uk - zapisałam się do niego, bo liczyłam na zniżkowe kody do brytyjskich sklepów ze stanikami. Z kodów nie skorzystałam ani razu; nie jestem ani metodyczną, ani zdyscyplinowaną shopperką. Zrywam kontakt z e-dziewiarką, sklepem Dodomku.pl i Alpenski (wrrr, nie mogę tego zrobić przez automat, muszę wysłać mejla),
E-dziewiarce jest przykro że nie jestem już zainteresowana.
Algorytm zatrudniony przez sieciowe sklepy zadaje mi podobny zestaw pytań: Czy naprawdę mnie zostawiasz? Dlaczego mnie zostawiasz? Czy wiadomości, które od nas dostawałaś, uraziły Cię/przytłoczyły, czy były skierowane do kogoś innego? Tylko japoński minimalistyczny sklep nie zadaje pytań. Wyświetla za to na białej, wygenerowanej w htmlu stronie komunikat: dziękujemy.

Zastanawiamy się też dziś jak rozegrać nadchodzący miesiąc. Pobyt w Singapurze sprawił, że karta kredytowa jest obciążona na maksa; zostało 50 zł. W kwietniu trzeba będzie ją spłacić niemal w całości, to zje niemal wszystko, co zostało z wypłaty R. Moje honoraria, w tym miesiącu przyjemnie kontrastujące z tym co zarobiłam w marcu, zostaną z kolei pożarte w całości przez ratę kredytu. Żeby starczyło, musielibyśmy przestać kupować cokolwiek. Nawet to co niezbędne. O stałych zobowiązaniach nie wspominając.

Wyjścia są trzy: spłacić tylko część karty kredytowej, nadgryźć oszczędności albo skombinować dodatkową forsę.
Pierwsze rozwiązanie oznacza dodatkowe koszty. Odsetki.
Drugie jest zbyt wygodne i zbyt często przez nas wykorzystywane; być może dlatego nasze oszczędności zamiast rosnąć, topnieją.
Wybieramy trzecie. Trzeba policzyć kwotę, której brakuje nam do zamknięcia miesiąca i wytypować kandydatów na handel.

środa, 4 kwietnia 2012

1

Zaczęliśmy 4 dni temu.
Wyrzuciliśmy katalogi, kupony rabatowe, oddaliśmy nieczynną już kartę kredytową niszczarce... Pocięła ją z chrzęstem na srebrne paski.

Rozpoczęliśmy właśnie rok bez zakupów. Nie-kupujemy-tego. Tego wszystkiego, czego nie potrzebujemy. Każdy z nas osobna i również razem.

Odcięcie się od konsumpcyjnych pokus nie jest proste: kilka dni temu próbowałam anulować subskrypcję Groupona i Grupera. Mimo, że zaznaczyłam w formularzu to co powinnam zaznaczyć, codziennie kilkanaście nowych ofert wpada mi do skrzynki. Nie działa też spamowy filtr w gmailu; odkąd zaczęliśmy się minimalizować, używam funkcji oznaczenia jako spam w wypadku każdego komercyjnego mejla, który do mnie przychodzi, odpowiadam też twierdząco na każde zapytanie wujka Gmaila o anulowanie subskrypcji. Bezskutecznie. Dziś zaproponowano mi bym zajęła się pracą nad własnym wizerunkiem, zainteresowała się promocją na krzesełko do karmienia (2 w cenie 1), wystartowała w wyścigu po premierowe kiecki Bottegi Venety (auć), rzuciła okiem na wielkanocną pościel, wielkanocne spodnie i wielkanocną promocję biustonoszy. Ech. Marzy mi się przewiewna skrzynka mejlowa, do której będą wpadać tylko niezakupowe wiadomości.

Poza tym nie-kupuję-tego praktycznie bezboleśnie wplata się w naszą dzienną rutynę.
R. nie musi wiele modyfikować; odkąd pracuje w kabinie prysznicowej przy Placu Starynkiewicza, jeździ do roboty autobusem. Mam wrażenie, że pokonuje trasę do domu szybciej niżby robił to w aucie - muszę go poprosić, żeby raz spróbował się przejechać się z zegarkiem w ręku.
Trochę niewygodnie robi się w porze obiadowej; R. przynosi do roboty pudełko z prowiantem, a w tym czasie jego koledzy idą do Turka na kebaba, albo na żurek do knajpy. Pieniądz, zakup, towar jako społeczne spoiwa - temu też warto się przyjrzeć. R. ma jednak nad nimi pewną przewagę - po zrobionej w domu kanapce nie śmierdzi z paszczy tak jak po kebabie od Turka:-)
Ja umawiam się na wywiad na ławce w Łazienkach; wywiad jest z minimalistką. Jak na komendę obie wyciągamy minimalistyczne pojemniki na picie. Sigg, szwajcarskie bidony, cena: ok. 80 zł. Jesteśmy gadżetowo zsynchronizowane; podejmujemy podobne decyzje konsumenckie, w innej sytuacji byłoby nam, być może, łatwiej się zaprzyjaźnić.

Więc: zaparzony w domu rooibos w termokubku za 8 dych, kanapka z domowego, upieczonego przez sąsiadkę chleba zawinięta w japońską folię za 4 zł paczka, ławka zamiast stolika w knajpie - czy to minimalistyczne?