piątek, 28 grudnia 2012

97

Posucha. W dziewiątym miesiącu nie-kupowania kończą nam się zapasy rzeczy, bez których teoretycznie można żyć. Płyn do płukania. Folia aluminiowa. Patyczki do uszu. Zmywaki do wycierania blatu. Sezam. Majeranek. Miód. Bez miodu wytrzymujemy tydzień; najpierw R. przynosi do domu słoiczek wielokwiatowego, który wprawiony przez Dzika w ruch zakończony swobodnym spadkiem z kuchennego blatu, zamienia się w słodką, najeżoną potłuczonym szkłem pulpę na podłodze, potem, tuż przed Wigilią, kupujemy słój gryczanego. Szybko znika.

Coraz puściej jest na łazienkowej półce. Wieczorem wyskrobuję najmniejszym palcem resztki kremu z pudełka - wciągam nozdrzami jego nagietkowy zapach i już za nim tęsknię, może dlatego że jest nie do kupienia? Ostatnią porcję pilingu do twarzy dedykuję piętom, które każdą wysuszoną komórką tęsknią za kontaktem z profesjonalną frezarką. Coraz rzadziej dawkuję sobie psiki ulubionego zapachu, pacykuję rzęsy trzema warstwami tuszu. Byle do końca marca.
Tusz musi być słabo widoczny, bo gdy odwiedzam M., ta przygląda mi się z uwagą, po czym stawia na stole flakon z czyniącym cuda koncentratem: - Dr Hauschka. Kup, mówię ci. Nie żałuj sobie, a nie pożałujesz. A. wręcza mi stos opakowanych w folię pudełek. Perfumy Dolce&Gabbana, balsam, krem do rąk, do twarzy, maseczka: - Jakoś dociągniesz do końca marca, co? 

Rzeczywistość się w przyspieszonym tempie przeciera. Zostały mi 2 (dwie) pary całych portek do codziennego zimowego użytku. Jedne z nich to spodnie narciarskie. Tęsknię za zbyt dużymi dżinsami, które latem zamieniłam na szafę do Dzikowego pokoju; naciągnięte na warstwę grubej rajtuzowej izolacji, byłyby idealne.


***

Szykując żarcie na wigilijny stół, chciałabym - podobnie jak B., jedna z mini-wspólniczek - sięgnąć do zapasów gromadzonych przez cały rok. Ale zapasów tych - poza grzybowym suszem w ogromnej ilości - zasadniczo nie posiadam. Niemal wszystko więc kupujemy: kapustę kiszoną, karpia, matjasy i towarzystwo do nich, mąkę na pierogi, susz na kompot, barszcz w kartonie. Plan jest taki, żeby upiec makowiec (i zutylizować makowy zapas z ubiegłego roku), jednak nikt z sąsiadów i znajomych nie ma maszynki do jego mielenia, pieczemy więc proste drożdżowe ciasto. Przykryte ściereczką, wciśnięte między garnek z zakwasem na barszcz a misę z owocami, zapomniane, powoli się petryfikuje, aż osiąga strukturę podobną do pumeksu. Dziś wynoszę je do kosza na śmieci.
Koszt naszej potrójnej Wigilii: 137,5 zł. Z hiszpańskim winem (43 zł), na które decydujemy się impulsowo, w ostatnim momencie. Żadne z nas jednak nie czuje się winne. 

***

Kiedyś, gdy sieć jeszcze nie wplatała się we wszystkie dziedziny życia, M., właścicielka jednej z knajp na warszawskich Fortach Racławickich, urządzała cykliczne anihilowanie niechcianych prezentów. Każdy przynosił to co trzymał w najgłębszych czeluściach szaf, po czym następowało kolektywne unicestwianie. Ulga, zadowolenie, ale też cień poczucia winy - uczucia, które towarzyszyły wysyłaniu niechcianych prezentów na tamten świat, były ambiwalentne.
Być może poczucie anonimowości, które daje internet sprawiło, że w którymś momencie wysiłki w celu darowania niechcianym prezentom drugiego życia przestały być uważane za coś wstydliwego, a stało się jednym z świątecznych zadań do wykonania. Pierwsze efekty wymiatania bajzlu spod choinki trafiają na Tablicę.pl jeszcze w Wigilię. Gdy mija upominkowe moratorium, czyli dzień po zakończeniu Świąt, ich napływ przybiera i rozlewa się szerokim strumieniem. Tylko dziś po południu na moim ulubionym sieciowym bazarze wymiany towarowej pojawiają się skórzane portfele, kosmetyki dla kobiet, zapachy dla mężczyzn, fartuch kuchenny w świąteczny rzucik, albumy, herbaty, czekolady, porcelana i szkło, wieczne pióro, plastikowe klocki Fiszer-Srajs, a nawet stacja meteorologiczna.
Do wymiany niechcianych podarków na chciane namawia Wymiennik, podobnie czyni Thingo. Do oddawania tego, co nam się nie spodobało, zachęca też Jurek Owsiak (upominki przeznaczone na aukcje Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy można deklarować na stronie http://aukcje.wosp.org.pl/), Sklepowisko ze Szmulek oraz paulini z częstochowskiej Jasnej Góry.

Jeśli wśród prezentów, które nie wpasowały się w Wasze oczekiwania, znajduję się przedmioty, które mogą stworzyć nowy dom, oddajcie je tym, przed którymi los postawił właśnie takie zadanie.

niedziela, 23 grudnia 2012

95

Ekomania mnie tu przekierowała. Pomóżmy.

94

Zamek z kartonu. Talony na przysługi, do wykorzystania w dowolnym czasie, wycięte z luks-tektury, pochodzącej z teczki po materiałach prasowych KaDeWe. Koperty na talony z tzw. odzysku.

Choinka za elektrośmieci. Donica na choinkę od A.

Karp z Mazur, śledzie z Karfura, barszcz z kartonu, grzyby w kapuście z kaszubskiego lasu, zbierane dłońmi mej rodzicielki. Czerwone pomarańcze z Sycylii, królik z mięsnej wymiany towarowej; dostał się nam za gęś. Ciasto drożdżowe z przepisu, który moja szefowa rozsyłała zamiast świątecznych życzeń. Mąka orkiszowa, jajka, mleko, cukier - słodki, pyszny banał.

Niekupowanie świąteczne okazało się tak proste, że aż nużące. Nużące do tego stopnia, że wczorajsze arkadyjskie doświadczenie podziałało na nas odświeżająco.

Życzę Wam obfitości i/lub prostoty - do wyboru lub w komplecie, w zależności od aktualnego zapotrzebowania.

Bardzo jestem ciekawa co kupiłby Jezus.

sobota, 22 grudnia 2012

93

Tuż przed 11:00 jeden pojemnik na baterie jest już pełen. Druciany kontener, który stoi na pace kipi elektroszajsem; widać splątane sprężyny kabli, bebechy, które przestały iskrzeć, okaleczone układy scalone. Mróz. Minus osiem. Stajemy w kolejce. - Jedno drzewko się należy. - decyduje strażniczka kwitków na choinkę. Taksuje wzrokiem naszą wypchaną siatkę. W źrenicach ma ultradokładną wagę. - Tutaj nie ma dwóch kilogramów.
Podajemy siatkę mężczyźnie, który organizuje wstępną segregację. Wyciąga po nią rękę, chwieje się, pomaga sobie drugą. Zagląda do środka: na wierzchu jest kilka szczoteczek do zębów, telefon, golarka, ładowarka do akumulatorów, kilka lampek, które przestały spełniać swoją rolę i ukryta na dole, zasypana bateriami, zawodniczka wagi ciężkiej: zepsuta wiertarka, która przysparzała swego czasu T. sporo konstrukcyjnej satysfakcji. Aż się przegrzała. Segregator rzuca strażniczce spojrzenie. Strażniczka wciska mi w rękę drugi kwitek.
Choinki są w jednej z najdalej położonych hal. Dwa tysiące drzewek przyjechało z plantacji pod Lublinem, Fundacja Zielony Horyzont kupiła je za pieniądze Europejskiej Platfrmy Recyklingu. Ich uroda nie jest oczywista; cherlawe, wychudzone, nadmiernie wybujałe albo skarlałe wyglądają jak chorągiew świątecznych niedobitków, kaleki kontyngent, skazany na odrzucenie. Takie drzewka zostają na choinkowych straganach na sam koniec; podczas gdy ich piękne, gęste, pobłogosławione ciemnoszmaragdowym igliwiem siostry szybko znajdują tymczasowe domy, drapaków nikt nie chce.
Szybko wyławiamy naszą; jest szczupła, wysoka, ma jasną, przerzedzoną czuprynę i korzenie owinięte jutowym workiem. Korzeń jest ciężki, igliwie mocne, nie osypuje się. Wyjście drapaka jest dokumentowane przez operatora Polsatu który długim ujęciem odprowadza R. aż do wyjścia. Gdy wnosimy ją do domu, zauważamy, że nasze drzewko składa się z dwóch; jego szczuplutki pień w połowie splata się z bliźniaczym. Dwupienna pika (neologizm Dzika) jest jak świąteczna, czterolistna koniczyna. R. ma na oku ogród, w którym zamieszka, jeśli przeżyje u nas zimę.

***


W Arkadii miniaturowa choineczka upleciona z czubków jodły Nobilis kosztuje od 35 zł wzwyż. Sprzedawczyni mówi, że będzie zielona przez dwa miesiące, potem obsypie się szlachetną siwizną, sama się nie nie osypując. Pytam ją, czy surowiec do plecenia choinek pochodzi z odpadów: - Nie. Z rosnących w lesie drzewek. Którą sobie pani życzy?

Na wyjazd do Arkadii decydujemy się spontanicznie, po rozmowie z A., która opowiada o swojej niedawnej wizycie jak o jednym z bardziej traumatycznych wydarzeń w konsumpcyjnym roku. Robimy symboliczną listę zakupów (m.in. śledzie, koperek, sok buraczano-jabłkowy, bo za późno nastawiłam zakwas), zabieram jakąś przestarzałą receptę, kartki, których nie zdążyłam jeszcze wysłać. Liczę na ekstremalne doznania. Jest w końca ostatnia handlowa sobota przed Świętami, godzina 19.
W Saturnie, aptece, sklepie z herbatą, księgarni, Empiku - ścisk. W niektórych miejscach nie sposób się przecisnąć; trzeba torować sobie drogę wśród gigantycznych opakowań Geriavitu w świątecznych opakowaniach. W Karfurze - tłok umiarkowany. W sklepach z butami, torbami, dżinsami, szmatami - pustki. Mimo obniżek sięgających 50%. Sprzedawczyni koronkowej bielizny siedzi za kontuarem i obgryza paznokcie: - Wszyscy zrobili gigantyczne zakupy w czwartek, tuż przed końcem świata. - przytomnie zauważa R.
Albo właśnie robią je w lokalnej Biedronce. Bogatej w prezenty - jak głosi świąteczny slogan reklamowy.

***

Córka M. napisała list do Św. Mikołaja. Ponieważ lapoński dostarczyciel prezentów zapowiedział, ustami M., że w tym roku dostawy zabawek nie będzie (zbyt wiele wala się ich po podłodze), siedmiolatka skonstruowała listę wg praktycznego klucza: kapcie, sukienka, piżama.

sobota, 15 grudnia 2012

92

Pierwszą z nich otwieram. Nóż, karton, cięcie - cóż, przyzwyczajenie. Dopiero gdy Dziko z okrzykiem wyciąga spod kolorowej bibułki pudło z kręglami, uświadamiam sobie, co zrobiłam. Zamykam więc ostrożnie pokrywę pudła i wkładam je do szafy, żeby odłożyć wyjęcie reszty artefaktów na później. 
Druga, którą przynosi kurier, jest ciężka, oklejona taśmą z nazwą sklepu. Ląduje na podłodze, przesuwam ją dyskretnie nogą do najdalej położonego pokoju. Wpycham pod łóżko. Trzecią, lekką, zawiniętą w szary papier, instaluję - chwilowo - pod poduszkami. Dziko wyłuskuje ją dzień później, przynosi do kuchni. Pocie! wykrzykuje podekscytowany, wyciągając w moją stronę rączki. Pocie, mama, tu jest paczka, o której zapomniałaś! On jeszcze nie wie, czym jest świąteczne oczekiwanie.

Paczki przychodzą od rozproszonych po całej Polsce Mikołajów. Ich zawartość jest przeznaczona głównie do Dzika; nasi bliscy stoicko znoszą naszą niechęć do składania upominkowych deklaracji. O ile sami ćwiczymy się w odmawianiu odpowiedzi na  pytanie "co chcesz dostać?", w upominkowe algorytmy budujące osobiste relacje Dzika ze światem nie chcemy ingerować.  - Przecież to Święta, muszę coś kupić! - mówi moja matka. - Kup mu więc coś co Twoim zdaniem sprawi mu przyjemność.
Sami już mamy połowę prezentu dla naszego chłopczyka; R. ślęczał nad nim, w grupie innych rodziców, przez dwie godziny. Z surowca wyjściowego, skarpetki, powstało dzikie, niesklasyfikowane w żadnych z istniejących bestiariuszy zwierzę. Moim zadaniem jest powołać do życia jego partnerkę.

R. modyfikuje swoje bożonarodzeniowe zamówienie prezentowe. Podczas gdy ja przez trzy dni podglądam jak wygląda życie wewnętrzne największego domu towarowego w Europie, mój życiowy towarzysz, wycieńczony całodniowym ogarnianiem naszego wysokoenergetycznego syna, resetuje się wieczornym zestawem: domowe piwo bez gazu [dygresja nr 1: jeśli chodzi o nasycenie CO2, pierwsza warka wyszła cherlawo. nie jestem w stanie przełknąć niegazowanego piwa, ale R. zaprotestował przeciwko wylaniu zawartości całej kraty do kibla] plus Masterchef na TLC [dygresja nr 2: odkąd nie kupujemy, oglądamy w TV głównie programy o żarciu]. W jego aktualnym zamówieniu widać ślad tej rutyny: - Kupon na stek i kartoflane piure, bejbe. Do wykorzystania w dowolnym momencie.
Uff, stek jest zdecydowanie prostszy niż zaaranżowanie bezgotówkowego spotkania z instruktorem tenisa. Na korcie.

- Dobrze ci. Przez ten swój eksperyment masz idealną wymówkę. - mówi A., która przyjeżdża rano. Przywozi pastrami, doskonały ser z orzechami i kilka kilogramów elektrośmieci. W prezencie. Ponieważ nasz dom został już jakiś czas temu od nich uwolniony, A. przeczesała swoją chałupę, żebyśmy mogli bezgotówkowo wejść w posiadanie choinki*: - Słabo mi, gdy myślę o kupowaniu prezentów.
Mimo że mróz już odpuścił, moja przyjaciółka jest opatulona po uszy. Kurde, naprawdę nieźle wstrzeliłam się z kolorem, myślę chełpliwie, patrząc na splot czerwonych, pomarańczowych, fuksjowych nici, który rósł mi w rękach przez kilkanaście wieczorów, a teraz otula jej policzki. W tym widoku materializuje się to co najcenniejsze w akcie dawania: komunikat, że było warto. A. wie, jak uszczęśliwić obdarowującego.

Wśród prezentów które szykuję pod choinkę jest przede wszystkim czas, a gdy myślę o tym co chciałabym dostać, pierwszą rzeczą, które wyświetla mi się pod czaszką jest... obecność.

* - 2 kg baterii, sześcioro przedstawicieli śmieciowej drobnicy (szczoteczki do zębów, telefony, miksery, golarki, iPody), dwoje wagi średniej (monitor, telewizor, drukarka) albo jeden tzw. gabaryt (lodówka na przykład) - tyle trzeba, aby dostać etycznego świerczka do organizatorów comiesięcznej zbiórki elektroszajsu na Biobazarze.

środa, 5 grudnia 2012

90

Taki weekend zdarza się tylko raz w roku. Cała Warszawa się wymienia, wyprzedaje, recyklinguje, transformuje.

W sobotę na Żoliborzu, gdzie Fortowisko oraz bARTer.
Oraz na Kamionku, na Mińskiej, gdzie Przetwory w Soho Factory, a na nich poza szeroko pojętym przetwórstwem śmieci na sztukę:
- Thingo czyli wymiana dziecięco-rodzicielskich usług oraz gadżetów w realu
- Litfixpol czyli natychmiastowy serwis wszystkiego tego co wydaje się być nienaprawialne.
- zbiórka elektrośmieci (z upominkami)
- oraz akcja Jabłko za Zeszyt - wymiana art. papierniczo-malarsko-rysunkowych na jabłka prosto z sadu.

Na wspólne, darmowe rysowanie podczas Kongresu Rysowników nie starczy już dnia.

W niedzielę kontynuacja Przetworów, a także dorosły SwapMnie czyli bezgotówkowa wymiana ubrań w Kulturalnej. Oraz Ciuchowisko na Smolnej, jeśli niestraszna Wam płatna szatnia.

wtorek, 4 grudnia 2012

89

R. dzieli się dziś ze mną swoją bożonarodzeniową potrzebą: godzina na korcie tenisowym, tete-a-tete z trenerem. Jest zdeterminowany; nie ma miejsca na negocjacje.

Wg badań przeprowadzonych przez Deloitte wynika, że przeciętna polska rodzina wyda na wszystko co związane ze Świętami (przygotowania, przejazdy do rodziny, artykuły spożywcze, prezenty) 1280 zł (312 euro). Więcej niż w ubiegłym roku! Echo kryzysu widoczne jest jednak w deklaracjach dotyczących rozkładu wydatków: Polacy zobowiązują się do zachowania szczególnej wydatkowej uważności w sferze prezentowej. Nie chcą natomiast oszczędzać na jedzeniu.

Badania były częścią ogólnoeuropejskiego projektu, w którym przepytano kilkanaście tysięcy osób w 18 krajach. Tylko Holendrzy deklarowali w nich niewielkie zainteresowanie świątecznymi wydatkami; planując przepuścić nie więcej niż 287 euro na rodzinę. Średnia europejska to 2420 zł (591 euro).

A w Trójce Grażyna Dobroń i Małgorzata Kosowska z WWF opowiadały o mini-prezentach.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

88

Ten tekst zrobił na mnie wrażenie.

W internecie poruszam się wydeptanymi ścieżkami. Poczta, forum, FB, kilka blogowych ogródków (w tym produkcja na własne poletko), prasówka, Pudelek. Jakiś czas temu zaprosiłam na swój twardy dysk, za podpowiedzią Leo Babauty, cybernetycznego podglądacza, który na bieżąco sprawdza jak wygląda aktywność mojego komputera w sieci. Wciąż zapominam do niego zajrzeć.

Odkąd M. rok temu wymeldował się (skutecznie!) z Facebooka, docenił wartość pytania, które zadaje się dawno niewidzianemu znajomemu: co u ciebie słychać? Odłączony od generatora nieustannych update'ów, naprawdę jest ciekaw.

niedziela, 2 grudnia 2012

87

Przyszedł mróz; w wiaderku z resztkami październikowej wody do podlewania balkonowego ogródka - zmrożona przezroczysta tafla. Pod nią ruch: suche liście, gałązki, kamienie, miejski pył. Śmieciowe akwarium. Dzik opukuje je z fascynacją, gdy wyrywam z doniczek zeschnięte pnie tegorocznych pomidorów. Trafiają do worka na śmieci - przez chwilę chcę do niego wsypać i ziemię (bo zużyta, czyż nie?  w nowym ogrodniczym sezonie i tak trzeba będzie kupić nową), ale wstrzymuję się. Może strzępy korzeni rozpadną się przed nadejściem wiosny?

***

Moje nie-kupowanie ewoluuje. Administrator osiedla podrzuca nam kartki z dwiema uchwałami, które aktualnie głosuje wspólnota. Obie związane z niespodziewanymi wydatkami, które mają zostać demokratycznie rozłożone na ponad 200 mieszkań. Pierwszy to zlecenie przygotowania warunków zabudowy prywatnych ogródków na naszym osiedlu: kilka tysięcy złotych. Drugi: zamontowanie osiedlowego filtra zmiękczającego wodę: tysięcy kilkadziesiąt.

Rok temu decyzję (tak albo nie) podjęłabym pewnie w pięć sekund, bez zastanowienia się, naskórkowo. Teraz jest inaczej. Najpierw idę do kanciapy administratora. Oglądamy papiery, gadamy:
- Czy przygotowanie dokumentu, który ujednolici warunki zabudowy ogródków da wspólnocie prawne narzędzie do egzekwowania aby były one faktycznie jednolite?
- Nie. 
- No to po co wydawać tę forsę?

Potem wysyłam pytanie do B., której wykształcenie i zawodowe doświadczenie jest kompatybilne z tematem mego konsumpcyjno-wspólnotowego dylematu. B. odpisuje, że osiedlowy filtr nam niepotrzebny, bo nie mamy bardzo twardej wody, a już wkrótce, po modernizacji Warszawskich Filtrów jej jakość jeszcze się poprawi. Manipulowanie twardością lepiej prowadzić na małą skalę, we własnym domu, z pomocą dzbankowego filtra, choćby dlatego, że zbytnie obniżenie twardości wody powoduje większą jej podatność na zanieczyszczenia, także bakteryjno-wirusowe. Lepiej zostawić nadzór nad twardością wody Wodociągom.

Tyle wysiłku, żeby dwa razy powiedzieć "nie". "Tak" jest zdecydowanie łatwiejsze.

 ***

- Myslałaś już o tym, jak będziesz żyć gdy przyjdzie 1 kwietnia? - pyta A., wspólniczka. Stoimy nad wielkim stołem w Mama Cafe, grzebiemy w stertach ubrań dla dzieci, przyniesionych przez uczestniczki dziecięcej wymianki Baby Swap Mnie. Ona szuka ubrań dla dwóch córek, ja dla szybko rosnącego syna: - Będziesz kombinować nową kurtkę dla Dzika czy kupować? Przestaniesz chodzić na wymianki, a zaczniesz do centrów handlowych?
Nie wiem. Nigdy nie byłam entuzjastką kupowania ciuchów z drugiej ręki, jednak korzystając z instytucji ciuchowej wymiany odczuwam trudną do zdefiniowania przyjemność. Gdy prezentuję siedzącemu na parapecie R. miękkie dżinsowe spodnie na 98, które udało mi się wyciągnąć z kotłowaniny mikro-ubranek, chudziutkie, akurat na naszego synka-szczupaka, przechodząca obok matka rzuca : - Moja córka bardzo lubiła je nosić. I to jest to, co daje mi największą przyjemność - poczucie że nie jest się kompletnie anonimowym ogniwem w łańcuchu naturalnej cyrkulacji rzeczy.

Jest jeszcze coś: gdy po blisko trzech godzinach spędzonych na matczynym ple-ple wokół stołu zasypanego stertą dziecięcego przyodziewku, wracam do domu, jestem zmęczona. Ale to inne zmęczenie niż to, które jest efektem klasycznych zakupów. Nie otępia, a dziwnie odświeża.

A korzyść materialna? Moje dziecko pozbyło się dwóch toreb ubrań, których już mu nie potrzeba, a zyskało kilkanaście ładnych rzeczy, w których będzie biegać z pewnością dłużej niż do następnej wymianki dziecięcych łachów, która już 2 marca 2013 roku. Bez Baby Swap Mnie trudno mi byłoby żyć.

piątek, 30 listopada 2012

86


"Dzień dobry, kilka lat temu kupiłam w Ikei lampkę którą bardzo lubię. Ostatnio popsuł się w niej mechanizm ściemniający, nie można jej też wyłączyć, świeci się non stop. Stało się to przy okazji przepalenia żarówki.
Czy mogę przywieźć ją do Ikei i oddać do serwisu, w którym ściemniacz i włącznik zostaną naprawione?"


Odpowiedź przyszła błyskawicznie:
"Z przykrością informuję, że w sklepach IKEA nie prowadzimy serwisu pogwarancyjnego, nie mamy również punktu naprawczego."
 
R. wyciągnął z szuflady swoje pudełeczko ze śrubokrętami i rozkręcił ściemniacz. Może jego przeznaczeniem nie jest nadzorowanie procesu powstawania skomplikowanych systemów informatycznych, ale Zwykłe Naprawianie?

***

Przyszła paczka z plastikowymi zębatkami do miksera. W samą porę; bo bardzo już mi się chce szarlotki.

wtorek, 27 listopada 2012

85

Zgasła bez trzasku, bez dymu, po cichutko. Po prostu nagle przestała świecić; może wysiadły korki? - pomyślałam. Przeżyła jakieś 2 i pół roku, zdecydowanie nie była eksploatowana, pracowała zrywami, na nocne zmiany, po których przychodziło długie lenistwo - dużo to na żarówkę czy mało? Dziś rano wykręciłam ją z nocnej lampki; odpocznie, nieboszczka, gdzieś wśród elektrośmieci.

W elektrowni wodnej w Soszycy od prawie stu lat świecą dwie szklane bańki, wyprodukowane w latach 20. XX wieku przez niemiecką firmę Osram. Kruche klosze kryją dwa pręciki z węglowego włókna, które rozjarzają się gdy do aparatury, kontrolującej pracę elektrowni, dojdzie sygnał o jakiejś nieprawidłowości: wyłączy się generator, pojawi przepięcie albo gdzieś walnie piorun. Praca żarówek-seniorek jest więc dość nerwowa i biorąc pod uwagę to, że mówi się, iż częste włączanie i wyłączanie skraca żarówkowe życie, niebezpieczna. Mimo to siostry-żarówki wciąż trwają na stanowisku - są niczym mityczni przedwojenni ludzie, najwidoczniej ulepione z innej gliny, wydmuchane z innego szkła, sklecone z innego żarowego drucika. To dwie najstarsze działające żarówki w Polsce, jakie udało mi się znaleźć. Palą się od ponad 90 lat. Być może zeszły z taśmy produkcyjnej w ostatnim momencie przed podpisaniem nieformalnego paktu największych producentów żarówek na świecie, którzy w wigilię 1924 roku, tuż przez wybuchem Wielkiego Kryzysu uzgodnili że dołożą wszelkich starań, żeby obniżyć cykl życia przeciętnej żarówki do 1000 godzin?

Dziewczyny z Soszycy są więc odrobinę młodsze od najstarszej żarówki świata, która pracuje nieprzerwanie od 1901 roku. Film, którego jest jedną z głównych bohaterek, sprawił, że uważniej przyglądam się cyklowi życia przedmiotów, które mnie otaczają.

O planowanym postarzaniu rzeczy po raz pierwszy usłyszałam gdzieś w 1998 roku; gdy Daewoo rozpoczęło ostrą kampanię reklamową  trzech nowych modeli samochodów. Leganza, Nubira i Lanos - jako jedyne nowe auta dostępne na polskim rynku - były sprzedawane z trzyletnią gwarancją. - To dla naiwniaków. - mówił Dobrze Zorientowany Kolega - Po trzech latach się mają rozpadać. Lanosów sprzedawało się w Polsce i 50 tysięcy rocznie; wielu z nabywców nigdy nie miało z nimi większych problemów. Kolega wieszcz nie miał więc racji? A może nie miał racji jedynie w wypadku Lanosa?

Z planowanym postarzaniem produktów jest tak, jak z każdym zjawiskiem z katalogu "spiskowa teoria dziejów" - każdy o nim słyszał, każdy z niego coś dla siebie wyłuskał, oficjalnie nie traktuje się go poważnie, ale dokonując konsumpcyjnych wyborów, pozostaje się pod jego wpływem. Jedna z moich przyjaciółek, urządzając swoje mieszkanie dała się namówić na zakup wyprodukowanego w Niemczech, więc teoretycznie mniej usterkowego sprzętu AGD. Dwa razy droższy sprzęt psuł się jednak tak samo ochoczo jak ten sam, dostępny w polskim markecie. Tyle, że po upływie gwarancji. Pamiętam nasz zachwyt, gdy 3 dni po odesłaniu do serwisu nowiutkiej Motoroli, w której pękła szybka, kurier przyniósł nam jeszcze nowszą, pachnącą chińską fabryką. I frustrację, gdy okazało się że koszt naprawy laserowej drukarki HP miał według szacunków serwisanta kosztował tyle co nowa drukarka. R. się wtedy, podobnie jak bohater "Spisku" zawziął i nie odpuścił, tak długo grzebał w drukarce i w necie, że w końcu znalazł powód awarii. Znalazł brakującą część w sieci, kupił ją, wymienił - to było 8 lat temu. Drukarka wciąż działa.

Dla mnie "Spisek żarówkowy" nie jest filmem o spisku. Jest za to filmem o drodze do wyboru, którą my, jako konsumenci, musimy sami sobie wyrąbywać. Bo wybór, jaki oferują nam producenci (gwarancja roczna albo rozszerzona, chińszczyzna kontra porządna niemiecka robota, Amica kontra Miele) to wybór pozorny. To nie my podejmujemy w nim decyzję.

***

Mikserowi przed śmiercią trafił się radiowy epizod. Tutaj można posłuchać jak dawał czadu zanim padł:-)

poniedziałek, 26 listopada 2012

84

Zelmer Turbo 181.7 - ciężkawy, kompletnie nie ergonomiczny, z plastikową obudową wyprodukowaną w Polsce, z mechanizmem nie do zarżnięcia, nawet przez ekspansywne ciasto chlebowe oblepiające zębatki. Jest pierwszym sprzętem zakupionym do naszego wspólnego z R., świeżo odpalonego gospodarstwa domowego. Gdzieś w drugiej połowie lat 90. Zaczyna się psuć kilka tygodni temu; najpierw posłuszeństwa odmawia mechanizm kręcący jednym z mieszadeł, potem, podczas zagniatania niedzielnego chleba - drugie.

R. który regularnie serwisuje oblepione ciastem wnętrzności naszego miksera, rozkręca go, ogląda bebechy, orzeka: - Tym razem załatwiony na amen. Nic z tym nie zrobię. Przetarły się plastikowe zębatki. 

Wytresowani przez producentów sprzętu zaprojektowanego tak aby odwalić kitę w momencie, w którym jego właściciel kompletnie się tego nie spodziewa (a następnie porazić go kosztem serwisowej reanimacji) najpierw uznajemy, że to koniec ery miksera. I tak długo z nami był, bo prawie 15 lat.
Potem jednak zaglądamy na Allegro. Nowa plastikowa zębatka, sprzedawana przez pana Józia, którym jakimś cudem wszedł w posiadanie worka części zamiennych do wyprodukowanego w latach 90. sprzętu, kosztuje 4,5 zł. Plus przesyłka. Ciekawe co usłyszę w serwisie, gdy jutro do niego zadzwonię? Nie opłaca się naprawiać, lepiej kupić nowy?



niedziela, 25 listopada 2012

83

Sobota nie jest ortodoksyjnie bezzakupowa. Idę rano do sklepu na dzielni po schab, schabu nie ma, został rozdrapany przez dzielnicowych amatorów nie przerośniętej świniny. Zastygam przy ladzie, pod którą sery z Wiżajn, z Gołdapi, z Korycina, z Litwy. Zawieszam się, skanuję w myślach domową lodówkę. Ser - jest. Ale jak to tak? Zainwestować czas w wyprawę do sklepu i wyjść z niego bez niczego? Na ladzie ląduje paczka chrupków z melasą i żelki owocowe. - Daj, daj. - Dziko wyciąga rączkę, bierze dwa naraz, kwadrans później, gdy dojeżdżamy do Ronda Daszyńskiego, słyszę z tylnego siedzenia podejrzany chlupot. Zwrot.

- Kupiłaś coś dziś?- zagajam A., z którą spędzam jej urodzinowy dzień.

A. pokazuje mi brytfannę wyłożoną świeżo wymytą marchwią, pietruszką, kartoflami: - A jak myślisz?

Mój świat nie jest zainteresowany jednodniowym zakupowym postem. - Kiedyś przecież muszę zrobić te zakupy - odpowiadają znajomi, gdy pytam ich o plany na sobotę.

Gdy wracam wieczorem spod Warszawy, słyszę w radiu wypowiedź przewodniczącego ogólnopolskiego stowarzyszenia kupców:  - Dzień bez zakupów? W zwykłą handlową sobotę? Niemożliwe. Może powinien wypadać w dzień świąteczny, gdy zakupy można zrobić tylko na stacji benzynowej?

W Helsinkach supermarkety w soboty są czynne do 18, a w niedziele - jeszcze krócej albo w ogóle.

***

- Jakiś krótki ten tekst, poprzycinany. Jak teaser. Będzie ciąg dalszy? - mówią ci, którzy czytali w Polityce.

Będzie. I dalszy, i grubszy.



wtorek, 20 listopada 2012

82

"Being a good host is an important part of the home exchange process" - mówi instrukcja postępowania zamieszczona na portalu HomeExchange. Ponieważ chcę być jak najlepszą gospodynią, dzień przed przyjazdem Jaany szoruję kuchenne deski na kolanach, zdrapując zaschnięte okruchy tego, co kiedyś było częścią składową obiadów serwowanych naszemu dziecku, a które ono ma zwyczaj wklepywać, wcierać, wklejać w podłogę. Składam równo ręczniki. Pucuję ekspres do kawy. Porządkuję sztućce w szufladzie. Robię miejsce w lodówce; wyrzucam wszystko co straciło świeżość i wdzięk. Na dolnej półce stawiam pudełko z domową kiszoną kapustę, obok kładę pętko kiełbasy z dzika. Piekę chleb - orkiszowy, bo ten najlepiej mi wychodzi.
Schodzę do wózkarni. na kierownicy jednego z naszych zbitych w stadko rowerów zawiązuję żółtą wstążkę; Finkom będzie łatwiej je wyłuskać z gromady bicykli sąsiadów.
Z kartograficznej szuflady wyciągam rowerową mapę Warszawy, zaznaczam na niej miejsca które lubię, kładę na stole album o stołecznych neonach, piszę długi list. Najpierw ręcznie, ale gdy po raz kolejny skreślam błędnie zbudowane zdanie, na komputerze. Rozgośćcie się, jedzcie, pijcie, używajcie. Koniecznie przypinajcie rowery, gdy będziecie je zostawiać na zewnątrz.

"Basically, staying in someone else's home is like living in your own household"

Jaana zostawia nam w lodówce baterię pudełek z wypisanymi ręcznie etykietami z srebrnej taśmy (tej samej, której na filmach używa się do kneblowania): domowy dżem rabarbarowy, domowa musztarda. W lodówkowych drzwiach, zgodnie z zaleceniami HomeExchange, chłodzi się mały szampan. Jedna z szaf w przedpokoju jest pusta; czeka na nasze rzeczy. Na stole, przykrytym nowym obrusem z kultowym, kwiatowym wzorem od Marimekko, leży list, prywatny bilet sieciowy na okaziciela, dzięki któremu zaoszczędzamy ponad pół euro na każdym przejeździe, instrukcja obsługi pralki i stos świeżych ulotek, folderów i map. - A ja, kurde zostawiłam jej jedną mapę. Z 2004 roku. - mówię do R. - I nie oczyściłam dla niej ani jednej szuflady. Wstyd.
Jaana mieszka pod Helsinkami, na osiedlu niskich bloków z prefabrykatów, które jednak, dzięki wkomponowaniu go w młody lasek, robi dużo lepsze wrażenie niż wielka płyta w polskim wydaniu. Na placu między ustawionymi w kwadrat blokami jest plac zabaw i stanowisko do barbecue, przed wejściem na klatkę stoi szczotkowa maszyneria do oczyszczania butów, na parterze, drzwi do wózkowni sąsiadują z wejściem do sauny, z której mogą korzystać mieszkańcy. Gdy w sobotni wieczór mijamy siedzącego na dworze mężczyzny, który zawinięty tylko w ręcznik delektuje się papierosem, wysyłam do Jaany esemesa z zapytaniem czy też możemy skorzystać z sauny. - Niestety, nie zrobiłam rezerwacji.

"The Golden Rule of home exchange is to treat your host's home as if it were your own and leave it the way you found it (if not better)".

Mieszkanie w domu obcej osoby jest osobliwym doświadczeniem. Przez pięć dni obecności w należącej do Jaany przestrzeni dowiaduję się o niej więcej niż pewnie udałoby mi się podczas normalnego spotkania - gdzieś na neutralnym gruncie. Zauważam, że jest kolekcjonerką kruchych przedmiotów; wyjmujemy je, jeden po drugim, z ciekawskich rączek Dzika i układamy na najwyższej półce. Lubi kurtki w strażackich kolorach, odważną sztukę i ekologiczne kosmetyki. Słodzi kawę stewią, dla gości ma cukier muscovado. Jak każda fińska menadżerka domowego ogniska, wykazuje się ceramicznym patriotyzmem; w jej szafkach widać głównie skorupy i szkła Iittali*. Przywiązuje się do przedmiotów i nie zmienia ich gdy wykażą pierwsze objawy zużycia. Gdy R. próbuje umyć przed wyjazdem podłogę, a ja naczynia, Dziko wchodzi w kontakt w deską do prasowania, którą wyjmujemy na czas sprzątania z szafy i łapie za kawał oderwanego pokrycia. Trzask i po pokryciu. Trzeba będzie uruchomić Paypal.

Jeszcze wiele lekcji do odrobienia przed nami, barbarzyńcami. Ale już się szykujemy na kolejną wymianę.


* - w helsińskim Muzeum Designu oglądamy fajną wystawę zdjęć, zrobionych przez sprzątaczkę, która przez kilkanaście miesięcy zajmowała się doprowadzaniem do ładu kilkunastu fińskich mieszkań. W każdym z nich natrafiła na te same naczynia - sygnowane małą literą "i". Trudno o bardziej wymowny przykład konsumenckiego patriotyzmu.

81

Już.

80

Najpierw zauważam spódniczkę, z wyjątkowo cienkiej jak na tę porę roku, tkaniny. Kawowa, w śmietankowy rzut. Potem musztardowe rajtuzy na zgrabnych nogach. Wreszcie buty. Mają, zdaje się, że najmodniejsze w tym sezonie obcasy (pamiętam swoje zdziwienie, gdy jakieś 10 lat temu odkryłam, że butowy obcas przechodzi transformację z każdą zimą), cholewki ze skóry w kolorze whisky, mankiety z kożuszka. - Panna muszkieterka. - rzuca R. On też zwraca uwagę na fińską dziewczynę dziarsko wystukującą obcasami rytm na kolejowym peronie. - Biegnij za nią, zapytaj gdzie kupiła! - droczy się ze mną - Kup sobie. Kup. Poekscytuj się trochę. Wygeneruj napięcie. Twoja antykonsumpcyjna konsekwencja staje się nudna.

Asceza jest nudna, fakt. Ale też - na nowo - trudna. Od kilku dni telepie mną niemal codziennie. M., jedna ze wspólniczek w minimalistycznym doświadczeniu (będzie można o nim przeczytać już jutro) opowiadała mi, jak na początku eksperymentu każdego dnia przed zaśnięciem wyświetlała sobie w głowie obraz, na którym idzie ulicą, w nowej kiecce, w nowych butach, z rozwianym włosem i delikatną muzyczką w tle. Też tak mam; tylko że zamiast kiecki wizualizuję sobie drewniany moździerz z Muji.
Może to brak światła? Może to gęsta przedświąteczna atmosfera, rozcieńczone w powietrzu zakupowe feromony? Oddycham, więc kupuję. Albo: nie jestem w stanie uciec od myślenia o kupowaniu.

Rzeczywistość to ciągła próba. Dostaję wiadomość od A.: Wspólne zakupy? Do mojej mejlowej skrzynki, którą w kwietniu w pocie czoła owinęłam antyspamowym drutem kolczastym, znów zaczynają wpełzać niuslettery - zachęcające do zakupów. Kup jedną parę butów, drugą dostaniesz za 50% (Pediped), Już czas poszukać prezentów! (Allegro), Amerykańskie święto przecen już w Polsce! (Li Parie). Black Friday doczołgał się w końcu i do nas. Moje ulubione forum puchnie od handlowych ogłoszeń; wśród stu najświeższych wątków połowa ma jawnie merkantylny charakter (sprzedam, kupię, wymienię, specjalna świąteczna oferta!), a kolejne dwa tuziny to dyskusje na temat tego co, gdzie i jak kupić. My, matki z różnych stron Polski i świata, zebrane pod wirtualnym sztandarem bliskości z naszymi dziećmi, partnerami, światem, umawiamy się tu na nocne zakupy w Tesco, skarżymy na wysokie ceny przesyłek w Pieluszkarni, rozkminiamy czym jest feed deposit w Amazonie, dyskutujemy o wyższości chrupek nad innymi materiałami do wysyłkowego pakowania kruchych przedmiotów. Niby już jesteśmy syte, a wciąż głodne.

A., która jest moim prywatnym wzorcem rozważnej, acz zaangażowanej antykonsumpcji, wysyła mi linka do wywiadu o m.in. Loli, najmłodszej ambasadorce odzieżowej marki na świecie.

Black Friday czyli Czarny Piątek to początek weekendu tuż po amerykańskim Święcie Dziękczynienia, w trakcie którego supermarkety i centra handlowe w Stanach notują rekordowe obroty. To również oficjalny start świątecznego sezonu zakupowego. Ekstaza nie dotyczy jednak wszystkich; dla tysięcy obywateli USA Czarny Piątek jest dniem, w którym powstrzymują się z premedytacją od jakiejkolwiek konsumpcji. Buy Nothing Day jest również obchodzony w Europie oraz w Polsce - święto antykonsumcpji przypada u nas w sobotę po Czarnym Piątku. Czyli 24 listopada. Czy stać cię na to, żeby się powstrzymać?

czwartek, 15 listopada 2012

79

15 listopada, Helsinki
Na golych galeziach drzew przy Esplanadzie wisza gwiazdki, rozjarzaja sie okolo 15, zimnym kobaltowym swiatlem. W oknie wystawowym Aarriki stoja dwie szczuple choinki o bialych iglach. Tlok (zadziwiajacy) na ulicach. A oficjalne odpalenie swiatecznej iluminacji dopiero za tydzien.

9 listopada, Neustift
Pod oknami hotelu w ktorym nocuje, stoi gigantyczny trojwymiarowy jelen; caly upleciony z bialych swiatelek.

21 pazdziernika, internet
Odswiezenie zeszlorocznego watku na moim ulubionym forum: "Czy myslicie juz o prezentach swiatecznych?".

A Wy? Myslicie juz? Bo ja mysle wyjatkowo intensywnie, co i rusz nadziewajac sie na kolejne wyzwania. Tegoroczna Europejska Stolica Designu nie sprzyja konsumpcyjnemu minimalizmowi. Jestem na razie twarda, zostaly jednak jeszcze trzy dni.

¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤

Gdy odwazylam sie wyslac do Jaany, naszej helsinskiej gospodyni mejla z pytaniem o darmowe atrakcje stolicy Finlandii, odpowiedz przyszla blyskawicznie: parki, koscioly, niektore muzea, esplanada, no i... sklepy.




czwartek, 8 listopada 2012

78


Gdyby spojrzeć na ostatnie dwa tygodnie z boku, można by je uznać za kompletną porażkę. Trzy kawy ze spienionym mlekiem sojowym, pięć herbat, kawałek ciasta (na kruchym spodzie, z rabarbarem, dla natychmiastowego cukrodoładowania umęczonej Pani Weny). Wszystko, o zgrozo, nie we własnym domu, ale w kawiarni w budynku, prowadzonej przez sąsiadkę.

Kolejna z prób niezaliczona. Upadek więc. Bezsprzecznie. I to na takim podłożu; mój prywatny Rubikon wypełniony jest spienionym w kawiarnianym ekspresie mlekiem! Ale efektem jego przekroczenia jest relacja z życia 10 rodzin, które tak i my, dobrowolnie poddały się doświadczeniu półrocznego auto-ograniczenia; zapis będzie można za czas jakiś przeczytać w jednym z tytułów. Prasowych.

Kawiarnia okazała się być nie tylko sprawdzianem, moim zastępczym własnym pokojem; ciężko pracować w tym właściwym, gdy się dzieli się go z wymagającym kontaktu dwulatkiem. Oblizując piankę i tłukąc w klawisze, zastanawiałam się czy dałabym radę robić to na laptopie na ławce w listopadowym parku? Pianka z termosu, paluchy w mitenkach, klawisze podświetlone czołówką? Nie sprawdziłam tego, wybrałam Brak Wysiłku.

Gdy tekst był już zesłany, pojechałam do A, która położyła na stole trzy wyłuskane ze sreberka czekolady. Z morską solą, z chilli, z wasabi. - Niekupowanie niekupowaniem, ale ty weź zobacz, jakie fajne rzeczy można czasem w tych sklepach dostać.

W skrzynce znalazłam mapę Helsinek, z wklejonym między kartki kluczem do mieszkania Jaany. Bezgotówkowa wymiano domów, witaj!

środa, 31 października 2012

77

R. z telefonem, ze zmarszczonym czołem szuka, niczym operator zaangażowanego dokumentu, odpowiednio ekspresyjnego kadru. W roli głównej występują: termometr z Muji, zaangażowany do roli strażnika trzydniowej warki, plastikowy kocioł z warką oraz radośnie rozbulgotany gaz, regularnie przeciskający się przez wodny korek.

R. z ołówkiem, cierpliwie zaznacza kształty rzuconych na ścianę, z pomocą mocnej lampy w projektorze multimedialnym BenQ, pożyczonym na tę okazję od przyjaciół, łodyżek wodnych roślin, zaprojektowanych kiedyś przez grafików pracujących dla francuskiej firmy Djeco. Czy samodzielne przekopiowanie i zmultiplikowanie wymyślonego przez kogoś ornamentu na własną ścianę to już kradzież intelektualnych dóbr czy jeszcze nie?

Z nożem, z posiniaczonymi przedstawicielami najnowszego kontyngentu trudnych* jabłek na blacie: - Skończył się kompot.

Przez większość czasu antykonsumpcja nam zdecydowanie służy.



Dzikowi również.

* - Dlaczego akurat ten kontyngent jabłek jest trudny? Bo odbierając je, odebrałam też lekcję - jak (nie) powinno wyglądać dawanie.

sobota, 27 października 2012

76

Tydzień na A. Angina. Amotaks. Analiza. Anemia.

Mobilizacja. Przegrupowanie żywieniowe; R. idzie do sklepu z listą, na której mleko migdałowe, amarantus, buraki, suszone morele, antrykot na rosół i polędwica. Przynosi nutellę: - To dla Dzika. - tłumaczy najpierw, ale chwilę później wyciąga oskarżycielski palec w stronę leżącego na okapie, zgniecionego niebieskiego opakowania po mlecznym ritterze. - Też sobie jakoś radzisz, co?

Państwowa służba zdrowia fachowo zaciąga krew z żyłki w zgięciu małego łokcia. Trzy ampułki erytrocytów, wiadro łez. - Z paluszka? Nie u nas, może prywatnie? - życzliwie podpowiada pielęgniarka.

Wszędzie gdzie się pojawiamy, Dziko dostaje do rączki okrągłą naklejkę. Wysypują mi się z torby, jak konsumpcyjne drogowskazy, rozsypane ręką farmaceutów w lesie okruszki, które doprowadzą nas do zdrowia; elektrolity, witaminy, probiotyki, tran taki i śmaki, antykaszel w syropie, odporność w syropie, rozcieńczalnik na matczyne poczucie winy, też w syropie. Chłopczyk uszczupla przychodniane zasoby zabawkowe, przemyca w fałdach koca dwa plastikowe klocki, z którymi codziennie zasypia.

****

R. odkrywa, że moja kołudzka eskapada upośledziła geometrię kół w naszym fordzie. Przy okazji wizyty w warsztacie wymienia, oprócz amortyzatorów, szereg innych komponentów. Mechanik kasuje 2300. Ałć. Nasze 10-letnie auto, kupione w roku zaślubin M. i G. pochłania coraz więcej forsy, ale każdy kolejny kosztowny upgrade sprawia, że, coraz trudniej się z nim rozstać. - Bo wiesz, teraz właściwie nie ma w nim czego naprawiać. - tłumaczy mi R.  Po czym wsiąka między strony z ofertami skandynawskich dealerów.

Okazuje się, że przeszarżowaliśmy z oceną swych piwowarskich umiejętności. Ogarnięcie zestawu, który kupiliśmy w internecie, nas przerasta. Jedziemy do Piwowara na Żoliborzu; fachowa sprzedawczyni unosi lekko brwi gdy przyznajemy się, że naszą przygodę z domowym warzeniem zaczęliśmy od zakupu surowców do samodzielnego zacierania: - Przywieźcie to tutaj, odkupię od was i sprzedam dalej, a sami weźcie jakiś prosty brew-kit. Odmierza zestaw ingrediencji, wysyła na skrzynkę dokładną instrukcję. Brzeczka jest już gotowa, czekamy właśnie aż ostygnie, żeby dodać drożdże.

Z krakowskich odwiedzin w Muzeum Etnograficznym przywozimy trzy paczki tajemniczych nasion - upominek dla każdego zwiedzającego wystawę "Dzieło. Działka". Bilet: 7 zł

Oglądamy najwęższy dom świata - zbudowany przy Chłodnej 22 dla Etgara Kereta. Spodziewam się designerskiej trumny, a zaskakuje mnie świetliste, niemal transparentne wnętrze. Pod prysznicem stoi mikrokibelek (Roca), na antresoli leży najwęższy materac na rynku (Sultan z Ikei), pod blatem wykończonym jednopalnikową płytą indukcyjną i zlewem, w którym spokojnie da się umyć nawet garnek po rosole, wciśnięto lodówkę turystyczną. Żółte krzesło, pomarańczowy puf i kulkowy wieszak Eamesów. Idealna jednostka mieszkalna czy chwilowa przechowalnia dla twórcy? Chciałabym przeczytać książkę napisaną w tym domu.

wtorek, 16 października 2012

75

Dziś Światowy Dzień Żywności. Jak go świętować? Zajrzyj tu.

Ja dosypuję mąki do zaczynu na chleb, którym podzielę się dziś wieczorem z dwoma wspólnikami z Wymiennika.
Idę z chłopczykiem do Tesko po czerwoną kapustę; dziś będziemy jeść kooperatywną gęś, którą przywiozłam w piątek z Kołudy i upiekłam, wcześniej instalując w jej wnętrzu kilka jabłek od O. 
Zasypuję cukrem rajskie jabłuszka, zerwane kilka dni temu w Dolince Szwajcarskiej.
Miksuję brzydkie banany* z jogurtem made at Sielce, schładzam je, Dzik podnosi kubeczek dwiema łapkami, oblizuje się i krzyczy "Dobe!".
Przy śniadaniu studiujemy z R. instrukcję warzenia piwa z procesem zacierania. Słód pszeniczny -ok. Ześrutowany - ok. Temperatura 47 stopni C - ok. 15 litrów wody? Stop. Dzięki pomocy naszych warzących piwo przyjaciół, mamy wszystko co potrzebne do odpalenia domowego browaru, oprócz... 15-litrowego kotła. R. zagląda do najniższej szuflady i ogląda nasze stalowe garnki - niegdysiejszy parapetówkowy prezent od mojego brata. Największy ma pojemność 6 litrów. - Może podzielimy słód i chmiel na 3 części i będziemy warzyć w 3 garach naraz? - pyta.

Wyrzucam do kosza ćwierć pudełka śmietany. Auć.

* - Parę dni temu, przy kremie z buraków rozmawialiśmy z A. o tym jak zwykły człowiek może brać odpowiedzialność za skutki swoich zakupowych decyzji. - Może kupować brzydkie banany. - powiedział R.

poniedziałek, 15 października 2012

74

W dniu, w którym Felixowi Baumgartnerowi udaje się wykonać stratoskok, wstaję rano. Wsiadam na rower, jadę pod Stadion.
Jest rześko, słońce wysysa wilgoć z powietrza.
Zdrętwiałe po niespokojnym sobotnim śnie miasto zaczyna się przeciągać, na wysypanej białymi kamieniami parkingowej przestrzeni pod Koszykiem okutany mężczyzna ustawia się z kijem golfowym. Mrużę oczy. To musi być trudne, myślę, trafić w białą piłeczkę, leżącą wśród białych otoczaków. Z terenowego auta wysiada inny mężczyzna, ubrany w przylegający do ciała uniform, zakłada na nogi letnie, treningowe płozy na kółkach. Bierze kijki i zaczyna trening. W arkadzie po kolejowym wiaduktem kolejny miejski sportowiec atakuje ścianę piłką tenisową. Niesie się energiczne serwisowe echo. 


A. zajeżdża z fasonem, w chmurze białego pyłu, wyciśniętego oponami,. Zakładamy rolki, kręcimy kółka, kreślimy obwody na pustej przestrzeni. Upadam na tyłek, ocieram ręce, jadę dalej. Szu-szu pod koszykiem to mój wkład w poranną gimnastykę miasta.

Dotleniona, wracam do domu Poniatowszczakiem, zjeżdżam Alejami Ujazdowskimi w Gagarina. Z boku, na zrudziałej murawie, pod drzewem, stoi doniczka z geranium. Najpierw przejeżdżam obok, rejestrując jej obecność. Potem zawracam, zatrzymuję się. Delikatnie instaluję sierotę w sakwie, intensywny, cytrynowo-żywiczny zapach ciągnie się za mną jak wstęga. Zawsze chciałam mieć w domu geranium. (I mirt też).

***

Gdy oglądam na Jutubie zestawienie 10 najbardziej niezwykłych skoków, wykonanych przez przedstawicieli naszego gatunku, widzę, że nie wszystkim skrzydeł dodaje Red Bull. Josephowi Kittingerowi, który w 1960 roku wykonał równie imponujący skok co Baumgartner, oficjalnie sponsorowany przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, a nie producenta aromatyzowanego roztworu kofeiny, tauryny i cukru w wodzie.

Na Facebooku czytam komentarze: - Felix, brawo, już nigdy nie wezmę do ust Tigera!

Red Bull nie mógł sponsorować Kittingera z powodów czysto technicznych - został wymyślony 27 lat później. Jeśli jednak austriacki koncern poszedłby krok dalej i zaangażował się nie tylko w finansowanie wydarzeń, podczas których jest przekraczana prędkość dźwięku, ale i światła, to może byłby w stanie to jeszcze nadrobić.
Kwestia naukowego mecenatu to (po)ważna sprawa, pewnie. Jednak mnie najbardziej w tym momencie frapuje kwestia tego, jak on to, do cholery zrobił, że wylądował na terytorium USA, a nie - na przykład - Korei Północnej.

sobota, 13 października 2012

73

"Październik miesiącem oszczędzania" - jak to się stało, że akurat ten jesienny pan został obciążony taką odpowiedzialnością? Ano nie miał w najbliższym sąsiedztwie konkurencji. 
Nie może miesiącem oszczędzania być przecież wrzesień, gdy dygocząc jeszcze post-wakacyjną konsumpcyjną czkawką, trza wywalić kilka stów na wyprawkę szkolną/przedszkolną/żłobkową. Dziko zaczął w tym tygodniu eksperyment ze żłobkiem. I natychmiast pojawiły się konsumpcyjne imperatywy: - Może warto by oznaczyć jakoś ubrania na zmianę? - nieśmiało podpowiedziała żłobkowa niania. Trzy sztuki każdego elementu. 20 lat temu pewnie wzięłabym igłę i kordonek, i biorąc przykład z mej matki, która znaczyła w ten sposób pościel noszoną do magla, zostawiłabym na każdej sztuce identyfikacyjny ścieg. Dziś jedna ze mini-wspólniczek podrzuca mi adres strony internetowej, na której można zamówić full zestaw indywidualnie zaprojektowanych metek z imieniem i nazwiskiem dziecka. Do błyskawicznego zintegrowania z odzieżą. Oglądam, podziwiając wyczucie rynku. Nie kupuję.

Listopad także się do tego zadania nie nadaje. To rozbiegówka dla grudnia, który jest kulminacją rocznego cyklu konsumpcyjnego. Łuna nad miastem wciąż jeszcze jest podbita cmentarną iluminacją, gdy w sklepowych oknach pojawiają się sznury świątecznych lampek. Tymczasem październik to miesiąc bez przeznaczenia, którego nie daje się nijak podstymulować. Idealny moment na zebranie sił, przegrupowanie, ponowne rozstawienie szyku - by w listopadzie przystąpić znów do ofensywy.

W październik wślizgujemy się bez wysiłku. Udaje się nam po raz kolejny z rzędu odłożyć trochę ponad 10% wartości raty kredytu hipotecznego oraz - wreszcie - wyrównać debetową wyrwę na koncie. Wrzesień jest pierwszym miesiącem od kilku lat, który nie drażni czerwoną dziurą na koncie. Zamknąć tę linię czy przytrzymać ją (na mityczny wszelki wypadek), do wytyczonego roczną umową końca w grudniu?

***

W piątek minął ustawowy tydzień na złożenie zażalenia do sądu na decyzję komornika, który postanowił obarczyć R. finansową odpowiedzialnością za działanie na szkodę gdyńskiego ZTM. R. sprawcą szkody (konkretnie: bezbiletowej podróży) nie jest. Jest za to ex-właścicielem dowodu osobistego, którym się legitymował pasażer na gapę. Dowód nie zmienił właściciela w sposób pokojowy. R. ma na to kwity: z policji, która przyjmowała zgłoszenie o napadzie, z sądu.
Komornika kwity nie interesują, zapowiada, że zajmuje pensję. R. może wnieść zażalenie (podparte opłatą sądową: 100 zł) i liczyć na to, że ktoś reprezentujący gdyński wymiar sprawiedliwości sięgnie do odpowiedniej teczki i znajdzie w niej dokumenty, z którego wynika, że dowód, którym posłużył się tajemniczy pasażer, został skradziony. 5 lat przed próbą darmowej przejażdżki.

R. próbuje ugryźć sprawę bezgotówkowo, korzystając z pomocy prawników pracujących pro bono. W warszawskiej Izbie Radców Prawnych odmawiają mu darmowej konsultacji. Za dużo zarabia. Stowarzyszenie Parasol Prawny nie pyta o zarobki, za to deklaruje, że pomoże - rzecz jasna, za darmo - napisać R. pismo do sądu. R. wysyła całą dokumentację. Dopytuje przez tydzień. Głucho - i w sieci, i w telefonie. Ja ślę zapytanie do jednej z warszawskich fundacji dla matek, oferujących darmową pomoc prawną. Wyłuszczam sprawę w mejlu, pytam, czy mój mąż może liczyć na poradę. Cisza. Przed upływem ostatniego ustawowego dnia pytam ponownie. Przychodzą przeprosiny i informacja, że moje zapytanie zostało przekierowane do prawniczki. Cisza.

Termin tyka. W piątek R. kleci sam pismo, pomagają nam wyedukowani prawnie przyjaciele. My mamy przyjaciół, mieszkańcy Kunowa mają Zbigniewa Choroszyńskiego, który pisze pisma procesowe za darmo. Bo takie ma hobby. A kogo masz ty?

***

W piątek jadę do Kołudy Wielkiej. 300 km autostradą. Szykuję sobie bogatą oprawę muzyczną: Kings of Leon, Keren Ann, Jezus Maria Peszek, którą dostałam z okazji 2 rocznicy wkroczenia na rodzicielską drogę (dziękuję Ci, przyjaciółko), zaparzam herbatę w temokubku, przekładam rozkrojoną na pół bułkę plastrem koziego sera, który przyjechał dwa dni wcześniej - jako część kooperatywnego zamówienia - z Łomnicy. Wrzucam do torby dwa jabłka o ciemnomalinowej skórce, które dostaliśmy od O. Jabłka z rodowodem, zerwane z jabłonki w Komorowie, rosnącej tuż koło stajni, w której O. trzyma swojego konia. Choć jestem zaprowiantowana po kokardę, widok żółtych łuków, które raz po raz wyrastają po obu stronach A-Dwójki sprawia, że niemal krztuszę się własną śliną.

Do Kołudy jadę jako kurierka. Transportuję 17 gęsi owsianych - zamówionych w nieformalnej towarzyskiej kooperatywie. Piątek jest rześki: - Do Warszawy? - dopytuje pracownik Instytutu Zootechniki, który pomaga sprzedawczyni taszczyć kolejne pojemniki wypełnione opakowanym w worki mięsem. - Da pani radę! Temperatura prawie lodówkowa, much nie ma. 
Dojeżdżam do domu tuż przed porą wyznaczoną na odbiór. Dzwonek terkoce co kilka minut. Wychodzę na balkon po kolejne ptaszyska, liczę, wydaję. Gęsio-konspiracja. Ostatni odbiorca przychodzi tuż przed 21: - Dobry wieczór, tu inspekcja sanitarna. Czy ma pani pozwolenie na handel mięsem?

***

Blaszany syk. Lekkie uderzenie powietrza. Łaskocząca słodycz na języku. Moja pierwsza od ponad pół roku samodzielnie* zakupiona puszka kokakoli. Dziś.

* - co powie R.?

poniedziałek, 8 października 2012

72

Barierki, barczyści ochroniarze, hostessy w czerwieni, z koszykami pełnymi szeleszczących gratisów. Kolejka. Trochę już zmęczona czekaniem (jej formowanie zaczęło się kilkanaście godzin wcześniej), ale czujna i napięta. Wypełnia przestrzeń między barierkami, faluje, pulsuje. Ekstraktuje najsłabszych; tłum wyciska ich na obrzeża kolejki, przekazuje prosto w wyciągnięte ręce ochroniarzy. Kolejkowy stage-diving.
Gdy otwierają się drzwi sklepu, kolejka zaczyna się zagęszczać i naprężać; ochroniarze muszą opierać się o barierki całymi ciałami. Inaczej by runęły. Kolejka ściska się i rozpręża, charczy, krzyczy, skanduje, już nie koncert rockowy, ale taniec wojenny głodnych konsumentów! Chcemy telewizorów Philips za 1499 zł, rowerów za 149 zł oraz różowych winogron za 2,99 zł!
Roch Sulima, autor chyba pierwszej antropologicznej analizy zjawiska supermarketu ("Antropologia codzienności"), cytowany w tekście o burzliwych powitalnych promocjach nowych marketów w Polsce, mówi o tym, że walecznymi kolejkowiczami, kłębiącymi się pod dwutysięczną, uruchomioną dziś Biedroną steruje "potrzeba zdobycia tego, czego nie starczy dla wszystkich". Konsumpcyjny atawizm?

Mieszkamy niedaleko najbardziej luksusowej Biedronki w Warszawie. Jeszcze nigdy w niej nie byłam. Kilka dni temu R. napomknął o tym, że słyszał/czytał o tym, że szykuje się w niej (jak i w pozostałych 1999 Biedronach w Polsce) wyjątkowa akcja promocyjna - przeprowadzona na wzór tej, którą portugalski Jeronimo Martins urządził 1 maja w sieci Pingo Doce. Gdy rachunek za zakupy zrobione tego dnia przekraczał 100 euro, był w kasie obcinany o połowę.

Dochodząc do siebie po urodzinowym weekendzie, kompletnie o tym zapomnieliśmy.

***

Syn nasz świętował w sobotę urodziny. Po kilku godzinach między garami a piekarnikiem powstały bezkompromisowe*:

Torty (biszkopt z mąki pszennej z młyna, masła i 10 jajek od szczęśliwych kur, krem z malin, kremówki i mascarpone):  28 zł za sztukę.
Tarta z ziemniakami i porami, pod śmietanowo-jajeczną pierzyną: 22 zł
Tarta z kozim serem, szpinakiem i małymi pomidorkami: 49 zł
Dwie wielkie miski zielonej sałaty z winegretem: 3,5 zł za miskę
Świeżo pieczone gofry z ubitą kremówką i malinowym musem, sztuk prawie dwadzieścia: 1,40 zł za sztukę.
Zużycie energetyczno-wodne policzone z grubsza.

Zawsze myślałam, że to herbata jest produktem, który generuje największy dochód dla restauratora. Może jednak warto by zastanowić się nad otwarciem budy z goframi?

***

Nowy program o pieniądzach w TVN Style. Jedna pani doradza drugiej pani jak się wyswobodzić z kredytowej pętli.
Pani nr 1 proponuje sprzedaż telewizora, który jest jednocześnie najcenniejszym elementem majątku Pani nr 2 i jej największym obciążeniem (został kupiony na raty).
Pani nr 2 staje okoniem.
Pani nr 1 próbuje negocjować.
Pani nr 2 mówi "bez jaj"
Pani nr 1 żegna się, dodając, że w takim razie nie może Pani nr 2 pomóc. Wychodzi. Pani nr 2 odpina mikrofon. Cięcie.
Pani nr 1, przyjaźnie oświetlona, tłumaczy widzom, że telewizorowy upór Pani nr 2 ma swoje zalety. Wraca na plan i przedstawia Pani nr 2 ofertę kredytu konsolidacyjnego oraz pokazuje w sklepie jak wybierać wodę źródlaną. Uśmiech. Rozluźnienie. Pani nr 2 idzie w stronę słońca.

Sponsorem "Zabójców Długów" jest Krajowy Rejestr Długów.

* bezkompromisowe - czyli z najlepszych dostępnych produktów made in Poland; Magda Gessler nie miałaby się do czego przyczepić.

niedziela, 7 października 2012

71

Jedzenie (jego zdobywanie oraz przygotowywanie) to obecnie rdzeń naszego konsumpcyjnego życia.
Zredukowaliśmy to, co egzotyczne, ekscentryczne, wysokoprzetworzone. Staramy się omijać Kuchnie Świata (udaje się), Piccolę Italię (nie zawsze się udaje), ale też małe sklepiki prowadzone przez śniadoskórych sprzedawców, w których pachnie kminem, chilli i tłustą solanką (udaje się). Nie kupujemy kokakoli, miśków haribo, ptasiego mleczka, tapenady z zielonych oliwek, parmezanu, krewetek, ale też oliwy. Kilka tygodni temu wkropiłam do sałaty ostatnią kroplę.

Jednocześnie nie żałujemy sobie niczego co wyrosło albo zostało wyprodukowane w Polsce. Maliny prosto z suwalskich krzaczków, olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca, mąka z podwarszawskiego młyna, mascarpone z Piątnicy, filet z sandacza od Pana Sandacza z Olsztyna, który rozkłada się na biobazarowym stoisku w starej fabryce Norblina, kozi twarożek, pachnący kozieradką, dynie, gruszki, ostatnie gruntowe pomidory. Wrzesień to nieustająca uczta. Zakupowa fiesta. Rozpusta. Dziś podliczyłam jej koszt: 1680 zł. Omatko.


środa, 3 października 2012

70

Szaro, mokro, w pośpiechu, w towarzystwie - zamiast więc na rower, wsiadam w samochód i jadę do Śródmieścia. Kilka razy toczę się po kwadracie Wilcza, Marszałkowska, Hoża, Krucza - zero miejsc do parkowania. Gdy zadowolona z siebie, wciskam się między kwietnik a okazałego SUVa, okazuje się jednak że zostawiłam w dom portfel.

N.J., rezydentka oszałamiającego mieszkania w przedwojennej kamienicy, ze swobodą podcina mi włosy w salonie. To pierwszy kontakt mojej czupryny z fryzjerskimi nożyczkami od ponad pół roku. Nic nie płacę, ale podpisuję rachunek na 20 ALT, powiększony o "podatek", czyli daninę do puli wspólnych punktów - wystawiony przez N.J. w sieci. Zaciągnęłam w wymiennikowej społeczności usługowy kredyt i będę musiała go spłacić - produktami rąk mych lub umysłu, obecnością, czasem. Gdy uzupełniając swój profil, dochodzę do działu "oferty", długo się zastanawiam, co zaproponować. Mam niewiele konkretnych, twardych umiejętności.

O., która pokazuje mi jasne strony post-nianiowego kryzysiku, przywozi torbę cudownie kruchych jabłek o zafarbowanym na czerwono miąższu i dwa słoje jabłkowego musu. Zapach prześlizguje się między pokojami - To rok jabłkowej klęski urodzaju. - mówi moja rodzicielka. Czas więc zabrać się za cydr.


wtorek, 2 października 2012

69

Dziko kończy w tym tygodniu 2 lata. Pojawia się tortowa potrzeba. Ponieważ nie posiadam odpowiednich piekarniczych utensyliów, idę do K. po biszkoptową foremkę. Wracam z łupem pod pachą, przedstawiam go do akceptacji matce mej, która pod względem upieczonych w życiu tortów przebija Nigellę Lawson, Sophie Dahl i Lorraine Pascal razem wzięte. Jej spécialité de la maison: lekki tort z truskawkowym kremem, to jeden z najważniejszych smaków mojego dzieciństwa.
- A może wszystko zamówimy, co? - mówi. - Ja zapłacę.

***

Pierwszy hydraulik miał przyjechać o 8.00. Napisał esemesa, że mu się nie chce. Poczuliśmy wdzięczność, że mu się chciało nas o tym poinformować.

Drugi przyszedł około południa. Ponury, wymięty, w ciężkich butach, za nim chmura.
- Gdzie ten problem? - warknął i kazał się prowadzić do łazienki. Dostrzegłam błotnistą ścieżkę odciśniętą na podłodze - jeden odcisk podeszwy za drugim i próbując nieśmiało zastosować taktykę wypracowaną przez izraelskich negocjatorów, sformułowałam absurdalną potrzebę: - Chciałabym aby zdjął pan buty.
Hydraulik się odwrócił. Nawałnicę miał w oczach. Wycedził komunikat: "Hydraulik, zgodnie z przepisami BHP, nie może pracować bez obuwia!" I wyszedł.

Trzeci, wydzwoniony w międzyczasie przez R., wpadł ok. 14. W średnim wieku, czarnej koszuli na wydatnym brzuchu, garniturowych spodniach, bez skrzyneczki z narzędziami. Na buty nie ośmieliłam się spojrzeć: - Nic tu nie ma do roboty! Nic! Nic! - zaczął chrypiące staccato, gdy doniosłam mu wreszcie kieszonkową latareczkę, którą mógł poświecić w szyb. - Ten pani mąż do mnie wydzwania! Spokoju nie daje! A tu nic! Nic nie będę robił, 50 zł się należy.
- Ale za co?
- Za dojazd.
- Skąd?
- Jak nie za dojazd, to za weryfikację!
Za weryfikację zaproponowałam 20. Rzucił kilka obelg i wyszedł.

Pierwszy, drugi i trzeci hydraulik miał wymienić 8 śrub. Kwadrans roboty, 200 zł.

niedziela, 30 września 2012

68

Dziś minęło pół roku.
- Już? - zapytał M., mój wspólnik w procesie. Wyjątkowo konsekwentny. - Dopiero teraz zaczynam się rozkręcać.

sobota, 29 września 2012

67

Ja w 1997 dostałam pierwszą etatową robotę. Gdy przyszedł dzień wypłaty, pojechałam z plikiem banknotów do Trolla na Krakowskim Przedmieściu i z dziesiątków ometkowanych szmat stłoczonych w ciasnej, ciemnej kanciapie wybrałam spodnie w kratę. Czarno-białą. Minęło 15 lat; wyrosłam i ze spodni, i z Trolla.

One w 1997 roku umówiły się na pierwszą wymianę ciuchów; od tej pory spotykają się regularnie, usypują ciuchową stertę w pokoju, a potem na sygnał ruszają do walki. D. która mówi, że ubiera się niemal wyłącznie dzięki instytucji ciuchowej wymiany (a ubrana jest doskonale) obiecała, że mnie następnym razem zabierze ze sobą. Jestem... podekscytowana?

Tymczasem, w oczekiwaniu na spotkanie z najdłużej prawdopodobnie działającym kołem wzajemnego donaszania swoich szmat, jedziemy z A. do jednodniowego pośredniaka dla ciuchów- urządzonego w pstrokatej przestrzeni 1500 m2 Do Wynajęcia. Do sakwy wrzucam ostatnie dwie pary nienoszonych butów, tiszerta, który jest dla mnie za ciasny, kamizelkę, dwa szaliki - tyle udało mi się wycisnąć z szaf i szuflad. Po letniej czystce właściwie nie mam już niczego niepotrzebnego.
Pośredniak, choć tymczasowy, jest urządzony naprawdę luksusowo. Każda sztuka na osobnym wieszaku; wszystko ładne, świeże, pachnące, czasem nawet wyprasowane, z przyklejonymi identyfikatorami. Lustro. Przebieralnie. Znajduję spodnie, które zdaje się, że były hitem zeszłego lata, fajnego tiszerta. A. każe mi się jeszcze przebrać w brudnoróżowy golf, który okazuje się być wyjątkowo ze mną kompatybilny. Ośmielona przez widok własnego odbicia, upycham w torbie trzy sztuki używanej odzieży, uszytej na zlecenie odzieżowych firm (H&M, Zara, Reserved), które odniosły sukces dzięki umiejętności sprawnego krawieckiego "copy => paste", a czuję się jakbym dostała w prezencie coś, co zostało zaprojektowane przynajmniej przez Junya Watanabego. Jego płaszcz macam* kwadrans później w butiku Love&Trade, znajdującym się piętro nad pośredniakiem. Nic. Zero przyspieszonego tętna, zero pożądania, wewnętrzny wskaźnik zakupowej ekscytacji - obojętny. Kiedyż nastąpiła ta przemiana?

***

Tak naprawdę świeża ciuchowa krew jest mi potrzebna. Zaczynamy (ja i R.) odczuwać konsekwencje rezygnacji z regularnych dostaw nowych ubrań. W szufladach ze skarpetkami panuje stan krytyczny; zmuszamy się więc do przeprowadzenia w nich segregacji. Na komodzie wyrasta skarpetkowy stosik do naprawy. Wyrasta i nic. Jestem dzieckiem epoki, w której nie wyrzucało się poszatkowanych skarpet, tylko je reperowało, teoretycznie technika cerowania nie jest mi obca, jednak chyba nie jestem jeszcze na to gotowa. Ratuję się zwiększeniem częstotliwości prania tych skarpetek, które są jeszcze całe.
Topnieją zapasy niezobowiązujących autfitów w dobrym stanie. Większość naszych ciuchów wygląda jakbyśmy je wyciągnęli z kontenera na czyściwo. Gdy zakładam swój ulubiony codzienny zestaw (zielono-szare płócienne spodnie, 10-letnie turkusowe buty, pozdzierane na czubkach, lekko podgryziony kaszmirowy sweter i coś pod sweter), czuję, że zaczynam osiągać doskonałość w kategorii, jaką jest odzieżowa abnegacja. Bezwiednie.

***

Odchodzi niania Dzika. Sytuacja wciąż najeżona świeżością; jeszcze jej nie oswoiliśmy.
Przychodzi pierwszy mejl z listą ogłoszeń ze stołecznego Wymiennika. Ktoś oferuje naukę gry na gitarze, naukę języka fińskiego, ktoś proponuje poprowadzenie księgowości, strzyżenie, domowy cydr, upieczenie szarlotki. Jest też ogłoszenie dziewczyny z mojej dzielnicy: opieka nad dzieckiem. 15 Alterków za godzinę.

 * Macam też ubranka, które wyszły z głowy Czesława Mozila. Ładne, chorera. Tętno mi zaczyna kłusować; widać obszar odpowiedzialny za konsumenckie decyzje dotyczące Dzika, wciąż jest nieutwardzony. Reguluję się w korytarzu z biżuterią. Wyciszona wkraczam do sali, gdzie rozdają próbki specyfików do pielęgnacji paznokci. Nadal obojętność. Wchodzimy z A. do najdalej położonego pokoiku, gdzie na wyłożonym miękką tkaniną stole leżą gadżety sprawiające nie tylko wzrokową przyjemność. Gdy bardzo fachowe dziewczyny z Pussy Project objaśniają nam ich działania, znów odnotowuję gotowość do konsumpcyjnego (i nie tylko) galopu. Na szczęście mam wybór. Może pójdę sobie na warsztaty? Darmowe.

środa, 26 września 2012

66

Darmowe spotkanie dla kobiet zainteresowanych zagadnieniem Kobiecej Ekonomii Społecznej - odwołane. Uczestniczki się wykruszyły.
Darmowe warsztaty umożliwiające matkom powrót na rynek pracy - odwołane. Nie dość chętnych.
"Bezpłatne Pasmo Kultury", czyli codzienne, dwugodzinne zajęcia dla maluchów (11-13), podczas których rodzice i opiekunowie mogą zająć się swoimi sprawami; dziś korzystaliśmy z nich z Dzikiem sami, w poniedziałek syn mój musiał się podzielić animatorką Agnieszką z jeszcze jednym chłopczykiem.
Czy gdyby za organizowane przez fundację MaMa zajęcia trzeba było zapłacić, chętnych byłoby więcej?

Dwa tygodnie temu zapisałam Dzika i jego nianię na bezpłatne zajęcia organizowane przez mokotowski Klub Mam. Ale gdy nadszedł dzień zabawianek, pamięć operacyjna mi się przegrzała. Nastąpił totalny blackout na synapsach. Niania poszła z Dzikiem do parku, a ja dopiero jakieś pół godziny po jej wyjściu doznałam iluminacji, że nie taki był przecież plan. Przeczuwam, że gdybym za nie zapłaciła, w odpowiednim momencie włączyłoby mi się awaryjne zasilanie.

W Warszawie nie jest trudno znaleźć darmowe zajęcia; większość z nich jest dofinansowywana przez Hankę, ale zdarzają się też hojne dzielnice, które sponsorują swoich najmłodszych obywateli. MaMa Cafe jest moim ostatnim odkryciem, ale regularną bezpłatną rozrywkę (i oddech dla rodzica) oferuje też StoPociech (Figle-Migle, w których wielokrotnie braliśmy udział). Darmowe warsztaty znalazłam też w mokotowskiej Chwili Moment i w Kredkafe na Placu Zbawiciela.

A. opowiedziała mi o kiełkującej inicjatywie - platformie, która będzie kojarzyć partnerów chcących wymienić się rzeczami albo usługami. Tu można dołączyć do Wymiennika.


wtorek, 25 września 2012

65

Był ciepły lipcowy poranek. 1946 rok. Alfred i Anna z czwórką dzieci, Paulina i Eduard z niemowlęciem, dwie rodziny zamieszkujące dom przy gospodarstwie nr 35 we wsi Rienendorf mieli niewiele czasu na spakowanie potrzebnych rzeczy. Na szczęście zdążyli się wcześniej przygotować; najcenniejsze rzeczy ukryli pod deskami podłogi na piętrze domu. 40 ściereczek z lnianego adamaszku, tkanego prawdopodobnie w okolicy (Dolny Śląsk był wówczas tkacką potęgą, a na lnie zbito w okolicy wiele fortun). Odświętny obrus wyszywany w kwiaty. Białe talerze rosenthalowskiej Marii, półmiski Villeroya w żołędzie, liche sztućce z alpaki, tanie fajansowe pudełka na cukier, mąkę i sól, dziecięce butki z cienkiej skórki, łatka na łatce, niemowlęce kaftaniki wydziergane z cieniutkiego jak nić dentystyczna kordonka. Fragmenty wiejskiej codzienności, poddane ostrej selekcji.

Odczytywanie ludzkich historii z materialnych okruchów jest jednym z moich ulubionych zajęć. Czy jednak biorąc w dłonie to, co mieszkańcy Pokrzywnika zdecydowali się zostawić w Polsce, tuż przed przymusową wywózką do Niemiec, czegoś się o nich dowiedziałam? Lubili proste, ładne, niezłe gatunkowo rzeczy. Dbali o nie; Anna, a może Paulina zawinęła szlachetne tkaniny w rulony i owinęła szmatami. Myszy nie dały rady się do nich przegryźć. Odświętne rzeczy były one dla nich równie ważne co drogocenne precjoza, które ich arystokratyczni sąsiedzi chowali w wykutych w piwnicznych ścianach skrytkach. Zostawiając je pod podłogą ukochanego domu, musieli wierzyć, że niebawem do niego wrócą. 
Dobytek przetrwał do 2002 roku; podczas generalnego remontu znaleźli go obecni właściciele - kustosze pamięci, którzy z czułością zajęli się skarbami dwóch wysiedlonych rodzin. Być może nie mogło być inaczej? W końcu małżeńskie inicjały wyhaftowane na jednej ze ściereczek zgadzały się z ich inicjałami.


 Czasem akcja redukcja jest niewykonalna.

***

- Widać, że od dwóch miesięcy nie używam szamponu? - pyta R. - Nie? Czuję się oszukany. Tyle forsy wylądowało w spływie.
Nie widać. Po mnie też nie było widać. Gdy w lipcu skończył nam się szampon, przez prawie 8 letnich tygodni eksperymentowałam z alternatywnymi metodami mycia. Samą wodą, z dodatkiem odrobiny sody oczyszczonej. Włosy nie wyglądały źle (gorąca, spadająca z siłą wodospadu woda radziła sobie z codziennym, ekhm, nalotem), ale poległam, bo nie mogłam się palpacyjnie dogadać z własną czupryną. Najpierw umyłam ją żółtkiem, potem pokornie poszłam do Rossmana po najdelikatniejszy z szamponów.

Mimo porażki na froncie owłosienia, generalnie antykonsumpcyjny eksperyment służy urodzie. Pozbawione kontaktu z tuzinem różnych smarowideł (do twarzy, do oczu, do szyi, do dekoltu, do biustu, do pupy, do paznokci, do stóp i całej reszty) ciało wygląda lepiej niż gdy bywało smarowane, ugniatane i klepane. A to mobilizuje lepiej niż rosnąca suma na koncie.

wtorek, 18 września 2012

64

Z Warszawy do Wlenia jest 469 km.
Autem jedzie się, przy dobrym wietrze na autostradzie, jakieś 7 godzin.
Pociągiem: minimum 17.
Wybieramy wygodę.

Mimo starań nie wychodzi nam konsekwentne minimalistyczne podróżowanie; przeszkód jest mnóstwo. Piwo, knedle ze śliwkami, fish&chips, basen, gorączka, pośpiech, wygoda. Może uda się w październiku, albo na przełomie grudnia i stycznia, gdy doprowadzimy do finału bardzo dobrze zapowiadającą się wymianę domów? Warszawa na wioskę pod Mediolanem. Samodzielny dom, z widokiem na jezioro Como i ośnieżone Alpy. Landszaft doskonały; zimowa bajka. ZaDarmo.

Wymiana domów to dla mnie kompletnie nowe terytorium, poruszam się po nim ostrożnie, po Brukseli, która zgasła tak szybko jak się zapaliła, staram się za mocno nie przywiązywać do kolejnych pomysłów, mimo, że wyobraźnia pracuje. Z Mariną znad jeziora Como jesteśmy po tzw. słowie, ale od słowa do ciała droga daleka - zwłaszcza w dziedzinie, w której decydującym czynnikiem jest wolna wola.

Listonosz przynosi zawiadomienie z sądu. Dzwoni domofonem, pytając czy podpiszę. - Pewnie! - wołam. Wręcza mi białą kopertę z pieczątką komornika z Gdyni. Windykacja, wezwanie do zapłaty (300 PLN, z czego ponad połowę zajmują metodycznie naliczane odsetki) , twardy i autorytarny prawniczo-skarbowy żargon. Zaległość z 2005 rok; przejazd bez bilety trójmiejską eskaemką. Na dowód, który został R. skradziony trzy lata wcześniej, podczas napadu. R. dzwoni do komornika, rozpłaszcza się na ścianie rozciągniętej przez sekretarkę; musi słać wyjaśnienia, gdyż instytucje państwowe, takie jak policja, sąd rejonowy i urząd skarbowy ze sobą nie współpracują. R. spędza resztę wieczoru szukając sądowych dokumentów, tłucze w klawisze, produkując pismo. Późnym wieczorem idzie do Tesko na przedwyjazdowe zakupy. Przynosi pampersy, ciska je na podłogę.

Żałuję, że zapomniałam kupić sobie w sobotę papierową Gazetę; to luksusik na jaki sobie od czasu do czasu pozwalam. W Gazecie Świątecznej Michał Figurski skarżył się, że przestał chodzić na suszi; sieciowa społeczność rozjechała go za to walcem. Na stronie GW widać zaledwie skrawek wywiadu Marcina Kąckiego; większość kryje się za pay-wallem, którym kilkanaście tygodni temu GW przysłoniła większość treści.
Dostępny jest za to tekst o tym, że Chińczycy szturmują japońskie sklepy i palą japońskie auta - w odwecie za zajęcie kilku spornych wysepek. Salony Hondy i Toyoty są efektowniejszym celem niż ambasada?

63

- Stary, są aż trzy rodzaje pampersów! - krzyczy w autobusie jeden mężczyzna do drugiego. Musi krzyczeć, bo jest głośno; trzeszczy przegub, hałasuje skrzynia biegów, wyje silnik. Mężczyźni są rozdzieleni barykadą z dwóch wózków, w których śpią kilkutygodniowe dzieci; balansują nad nimi, trzymając się autobusowych uchwytów z transparentnego plastiku. Jeden z ojców zainwestował w spójny wizerunek; ma ładne buty ze skóry w odcieniu koniaku, spodnie z cienkiej wełny, marynarkę z aksamitnego sztruksu. Drugi jest wyposażony we wszystkie atrybuty szanującego się hipstera: nonszalancki, zapuszczony zarost, wayfarery, wystrzępioną chustę zamotaną wokół szyi, przydeptane trampki. To on tłumaczy koledze różnice między kilkoma typami produktu, którego nazwa stała się synonimem dla jednorazowej pieluchy: - Trzy! My kupujemy te z paskiem co zmienia kolor, gdy się robi mokro. Sucho - pasek jest żółty, siku - robi się zielony.

Podsłuchuję intensywnie. Gdy opowiadam w domu o pampersie, który wyręcza dziecko w sygnalizowaniu tego, że właśnie się zsikało, R. sarkastycznie stwierdza, że kolor nie wystarczy. Musi być sygnał dźwiękowy - najlepiej dwojga rodzajów.

Tak naprawdę jednak brak zaufania do prawidłowej oceny komunikatów wysyłanych przez własne dziecko nie jest nam obcy; towarzyszy pewnie każdemu debiutującemu rodzicowi i jest skwapliwie wykorzystywany przez producentów, którzy oferują urządzenia, które mają tę komunikację czynić łatwiejszą i jednoznaczną. W naszym domu nigdy nie było termometrów; gdy urodził się Dzik, pojawiły się cztery. Do mierzenia temperatury powietrza (wewnątrz i na zewnątrz), ciała oraz wody w wannie. To naturalne - można by powiedzieć, zwłaszcza na początku kontaktu z nowym człowiekiem, że nie ufa się własnym łokciom, dłoniom i odczuciu chłodu na odkrytej skórze. Naturalne?

Najbardziej zadziwiający gadżet rodzicielski, jaki kiedykolwiek widziałam to urządzenie, która tłumaczy co wyraża dany typ płaczu niemowlęcia. Uczucie pewności, że prawidłowo odczytuje się komunikaty wysyłane przez dziecko, kosztuje 200 zł. Jeśli posiada się iPhone'a albo inne urządzenie z rodziny Apple, można ją kupić za 4,99 dolara. Na tyle wyceniona jest działająca w ten sam sposób aplikacja, dostępna w App Store, która na Fejsbuku ma 3500 fanów. Czy to jeszcze potrzeba? Czy już ekstrawagancja?

[I jeszcze w temacie pieluchowym: Dzik od ukończenia 9 miesiąca życia ma z pieluchami jednorazowymi kontakt sporadyczny; w domu jego potrzeby są zabezpieczane z użyciem pieluch wielorazowych, jednorazówki zabieramy jedynie na wyjazdy. Sieć drogerii Rossmann, w której, aby ulżyć przeciążonemu konsumenckiego sumieniu, kupowaliśmy pieluchy częściowo biodegradowalne, wycofała się z ich dystrybucji w Polsce. Rossmann był jedynym sieciowym i stacjonarnym sklepem, w którym można było kupić pieluszki, które nie rozkładają się latami; na dużo mniejszej Litwie widziałam je na półkach supermarketów obok Pampersów, Huggiesów i spółki. Litewski konsument zasługuje na wybór?]

piątek, 14 września 2012

62

Pchli targ wg Władysława Kopalińskiego ma swój źródłosłów we francuskim określeniu "marché aux puces". Pchły (a zapewne i inni przedstawiciele rodziny owadów uskrzydlonych, nie potrafiących żyć samodzielnie) były zapewne gratisem dodawanym do każdego przedmiotu, który zmieniał właścicieli na olbrzymim paryskim targowisku w północnej części Paryża. Biegła w nadsekwańskiej mowie K. pisze mi, że we Francji nazwa ta wciąż ma wydźwięk pogardliwy, pejoratywny i używa jej się w odniesieniu do przestrzeni handlowych na których operuje się towarami z drugiej ręki o wyjątkowo kiepskiej jakości. W Polsce: wręcz przeciwnie.

Na sobotnim żoliborskim Pchlim Targu Projektów dla Dzieci widziałam w jednym miejscu tak dużo ładnych rzeczy o rękodzielniczym rodowodzie, jak nigdy wcześniej w Polsce. Pod oszklonym dachem Fortu Sowińskiego stanęło ponad 40 stoisk z ciuchami, zabawkami, książkami, gadżetami - produkowanymi przez polskich rodziców, w polskich okolicznościach, z tam-gdzie-się-da-polskich surowców. Kolektywne rodzinne kalendarze, lalki z wadą wzroku, spódniczki tutu, ręcznie robione szczotki do włosów - każda nisza niezagospodarowana przez koncern jest szansą na rozwój dla małego wytwórcy. Jeśli rozwój ten jednak zacznie wydawać dorodne owoce, koncern się o nie z pewnością upomni. Wyłuska je z niszy i wyeksponuje w honorowej loży. Opatrzonej tabliczką "masthew".

A. podesłała mi ostatnio linka. "To na nie miałam ostatnio ochotę" - dopisała. "Ale się powstrzymałam.". Wzorzyste, połyskujące leginsy to w sumie nic nowego. Te akurat, charakterystyczne, bo dość odważne wizualnie, są produkowane przez firmę należącą do Jamesa Lillisa, przedsiębiorczego Australijczyka, który gdy startował z szyciem ciuchów, nie miał dość forsy, żeby zainwestować w dobrą jakościowo bawełnę, więc zdecydował się na poliester. Gacie kosztują 75 AUD. Transport do Polski: dodatkowe 20 AUD. Drogo? Jest alternatywa. Na zdjęciach pokazujących jesienną kolekcję odzieżowego koncernu H&M  Lana del Rey ma na swych zgrabnych nogach coś, co podobnie jak gacie zaprojektowane przez Jamesa Lillisa wygląda jakby zostało wycięte z galaktycznego portretu zrobionego przez stację kosmiczną NASA. Przypadek? Czy może przemyślana rynkowa gra? Import idei może się wszak odbywać w obu kierunkach; z loży na bruk i z niszy do loży.


sobota, 8 września 2012

61

Dwa portale: gumtree.co.uk i tablica.pl, dwa działy: "freebies" kontra "oddam za darmo". Dwa konsumenckie kosmosy.

Tam zmywarka Boscha, tu lodówka Szron.
Tam sprawny projektor ścienny Pioneera i 32-calowy telewizor LCD, tu kineskop dla konesera. Zepsuty.
Tam sprawny Ford Fiesta z 2001 roku z ubezpieczeniem do końca miesiąca (właścicielowi się spieszy z oddaniem swego pierwszego auta, bo wyjeżdża z Londynu na kontynent), tu części karoserii Mercedesa 901.
Tam pocięte drewno kominkowe (oferent deklaruje pomoc przy załadowaniu), tu suche świerki na opał - w całości, z korzeniami mocno trzymającymi się ziemi, do samodzielnej wycinki przez beneficjenta
Tam porcelanowy serwis do herbaty, tu tuzin pojemników po lodach Algida. Pustych.
Tam darmowe strzyżenie, waxowanie, depilacja laserowa w salonie (w zamian za bycie królikiem pokazowym podczas szkolenia dla uczniów), tu instrukcja domowego manikiuru.
Tam nowiutkie meble z Ikei, stół z Habitatu, piękne duńskie fotele z lat 60., tu materac, który choć brudny i zniszczony, jeszcze się może przydać - na przykład na budowie.
Tam ziemia ogrodowa, żwirek do wysypywania alejek, tu potłuczone szkło z okien, zdarty ze ścian siding i gruz. Duuużo gruzu.
Tam błyszcząca nowością wanna akrylowa, tu cieknące akwarium.
Tam torebka Gucci, tu resztka lakieru do paznokci. 
Tam rower, tu ogłoszenie o skradzionym rowerze.

Wiem, że można oddać wszystko i potrzebować wszystkiego - gdy niegdyś sprzedawałam na Allegro archaiczny monitor od stacjonarnego komputera, zgłosił się po niego konstruktor rzeźb z elektrośmieci. Ale to co przekazuje się z rąk do rąk tam, znacząco różni się od tego, co zmieni właścicieli tu. Tam można, dzięki hojności anonimowych darczyńców umeblować mieszkanie tak, że będzie wyglądać jak z wnętrzarskiego żurnala. Tu: zaspokoić podstawowe mieszkaniowe potrzeby. Jeśli przekona się ofiarodawcę, że jest się najbardziej potrzebującym w gronie ubiegających się o dany przedmiot. I jeśli wcześniej tego samego nie zrobi zawodowy handlarz. Gdy zajrzałam kilka tygodni temu, w poszukiwaniu łóżka dla Dzika, na gratyzchaty.pl, po przeczytaniu kilku słupków próśb, dałam sobie siana z zamieszczaniem własnego zapytania.
"Potrzebuję tego łóżka, bo śpię z bliźniakami i jest nam ciasno".
"Bardzo proszę je ofiarować mojej córce, gdyż jej łóżko zostało zniszczone przez starszą osobę, która nie trzymała moczu".
"Ładnie proszę o łóżeczko, nie stać mnie na zakup". 

Kiedyś, gdy niemal symultanicznie meblowaliśmy z M. nasze świeżo nabyte mieszkania, znaleźliśmy w polskim necie sklep z retro meblami i akcesoriami. Vitra, Starck, Verner Panton, Arne Jacobsen z odzysku, ale też dużo anonimowego skandynawskiego wzornictwa z lat 60. i 70. Ponieważ akurat wróciłam z wizyty na największym pchlim targu w Europie, czyli z Braderie w Lille, naiwnie sądziłam, że pozyskałam wiedzę o antykwarycznych cenach w Zachodniej Europie. Piękno i solidna robota musi tyle kosztować - zapewnialiśmy się nazwajem, gdy spoconymi dłońmi klikaliśmy na bankowe zlecenia przelewów za zamówione w sklepie meble. M. kupił wtedy wyściełany gołębioszarą wełną fotel o retro-linii, ja - palisandrowy kredensik. Dziś, bogatsza w wiedzę o rynku sieciowych wystawek, zainwestowałabym raczej w polowanie na londyńskim Gumtree i prywatny fracht na kontynent. Albo otwarcie własnego okienka w necie z vintage-umeblowaniem.

A ceny wyszukanych mebli z historią można podejrzeć m.in. tu oraz tu. I jeszcze tutaj.

środa, 5 września 2012

60

- Nie chcesz loda? No daj spokój, kupię ci. - pyta A. Akurat przechodzimy pod Europejskim, łypię okiem na szybę lodziarni należącej do imperium braci Gesslerów. Kręcę głową. Upycham w ustach resztkę chrupiącej bagietki, która dopiero co wyjechała z pieca, rozgrzana,  przywrócona do życia, przeniesiona ze stanu głębokiego zamrożenia na wiklinową półkę. W moim żołądku nie ma już miejsca na nic więcej.
- Na pewno nie chcesz? - A. przewraca oczami. - Ech, ty...
Tak, wiem. Ja i mój projekt - ciężko się czasem połapać, kto podejmuje decyzję.

Od 10 dni nie kupiliśmy chleba; dzisiejsza bagietka to rezultat dziury w zaopatrzeniu. Skończył się zapas z poprzedniego pieczenia, a kolejny jeszcze nie zdążył dojrzeć. Mąka wciska się w szpary naszego stołu, nie nadążam z praniem utytłanych w cieście ścierek, a na dolnej półce w lodówce stoi bateria słoików z zakwasem na różnych etapach życia. To nie jest moje pierwsze podejście do wypieku domowego chleba, ale ze względu na to, że potrafię doprowadzić do śmierci z głodu nawet najbardziej wytrzymały zakwas, dotychczasowe próby wprowadzenia chlebowego rytmu w naszym domu kończyły się na fanfarach towarzyszącym pierwszemu bochenkowi. Może tym razem będzie inaczej?

Piekarnik i zmywarka, na którą spada zadanie doczyszczenia umazanych ciastem mis i haków do miksera, chodzą non stop, kolejne torby po mące lądują w koszu na śmieci (niektóre, ku mego rozczarowaniu, z zawartością - oto konsekwencja konsumenckiej łapczywości, przeceniona o 80% mąka chlebowa, którą R. przyniósł w sobotę do domu, okazała się być bogata również w białko pochodzenia zwierzęcego) - zastanawiam się czy pieczenie chleba w domu w ogóle ma szansę być ekonomiczne?

Intryguje mnie Projekt Gospodarni - czy kampania tego typu jest w stanie wpłynąć na sprzedaż środków czystości i szamponów produkowanych przez jej sponsora?



wtorek, 4 września 2012

59

Decyzja podjęta. Kilka dni temu zarejestrowaliśmy się na portalu HomeExchange. Koszt (jakieś 165,09 zł) uznaliśmy za roboczy haracz.
Choć nasza oferta nie jest jeszcze kompletna, dziś przyszła pierwsza propozycja. Bruksela. Fajna lokalizacja, blisko parku. Końcówka września. Małżeństwo z dwuletnią córeczką, które przyjeżdża do Warszawy, żeby wziąć udział w otwarciu wystawy w galerii, o której nigdy nie słyszałam.
Ryanair lata z Modlina do Brukseli za tak zwaną złotówkę, która pomnożona przez trzy i powiększona o wszystkie dopłaty zamienia się w okrągłe sześć stówek. Za naszą trójką. Interpretuję to jako sprzyjającą okoliczność i zaczynam szukam przewodnika po Brukseli.


poniedziałek, 3 września 2012

58

Sierpień miesiącem rozpusty. Żarcie: 965, zapasy higieniczne: 122, zdrowie: 527, przyjemności: 21, tygodniowe słowackie wakacje (bez dojazdu): 1560. Pustka w lodówce i zamrażarce, naprawa auta, naprawa zęba, coś tam, coś tam  i znów pod koniec miesiąca rachunek krzyczy na czerwono.

Zdemaskowani i zainspirowani przez D., zaczynamy wspinaczkę po kolejnych stopniach wtajemniczenia w zakresie domowych żywnościowych procesów technologicznych. Ta drabina nie ma końca. Makaron, lody, kukurydziane nachos - tyle wyzwań przed nami.

Rzeczywistość wciąż jest równie niesforna co kiedyś; mimo przeczyszczenia, które zaordynowałam chałupie w czerwcu, wciąż nie kontroluję tego co się w niej dzieje i nic nie zanosi się na to, aby miało się to zmienić. Gdy jednak przez kilka dni nie mogę znaleźć żadnego z moich trzech pilników do paznokci, nie idę kupić czwartego. Przemawiam do niego czule, aż w końcu chłopak się znajduje. Nie, nie w zamrażarce, ale na jednym ze swoim licznych miejsc.

Zupełnie przypadkowo odkrywam granicę swojej własnej antykonsumpcji. Jest usypana z piasku, zmiennokształtna, porośnięta bujnym poszyciem o kędzierzawych, mocno pachnących liściach, owocującym na czerwono. Leży jakieś kilkanaście km w linii prostej od mojego mieszkania. Na Wisłą, tuż za ujściem młocińskiego kolektora. To Pomidorowa Wyspa. Choć obfitość, swoboda i determinacja kolonizujących ją psiankowatych budzi mój respekt, ich pochodzenie sprawia, że nie potrafię o nich myśleć w kategoriach spożywczych.

niedziela, 2 września 2012

57

Jedna z moich przyjaciółek opowiadała mi ostatnio, że w przymusowym ZaDarmo najtrudniejsza jest świadomość, że ma się - z powodówpermanentnego finansowego niedoboru - bardzo ograniczony dostępu do tej części miejskiego (współ)życia, za którą trzeba płacić. Koncertów, kina, teatru, kręgli, basenów, piwa tu, a wina ówdzie.

O dziwo, odkąd dobrowolnie przestawiliśmy się na tryb ZaDarmo, aktywniej uczestniczymy w życiu miasta. Raz, że ponieważ nie przeznaczamy weekendów na zakupy (poza sobotnim obskoczeniem sklepów na dzielni), faktycznie mamy więcej czasu. Dwa, że strategia ZaDarmo sprawia, że jesteśmy bardziej pomysłowi.

Gdyby nie ZaDarmo, nie dowiedziałabym się o istnieniu "koszyków ze sztuką", które można wypożyczyć w łazienkowskiej Starej Kordegardzie. Plastikowy kosz w neonowym kolorze jest wypełniony wszystkim, co się może przydać podczas weekendowego piknikowania na trawie. Kserówkami z przewodnika po Łazienkach, rozkładanym stołeczkiem, karimatą, skakanką, mazakami i kredkami. Wystarczy zajrzeć do Kordegardy, wylegitymować się i można na cały dzień wejść w posiadanie kosza.

Gdyby nie ZaDarmo nie odkryłabym nadwiślańskiej plaży z darmowymi leżakami, stołami do pingponga, boiskiem do siatkówki i genialną ścieżką spacerową, wyciśniętą w ponad 100-letnim lesie łęgowym. Przeprawa promowa z plaży na drugą stronę, pod Centrum Kopernika też jest za darmo! Sponsorowana przez ZTM.
 
Gdyby nie ZaDarmo, jedna A. nie podpowiedziałaby mi, że w upalny dzień dobrze jest się ochłodzić w wodzie na patio budynku Normana Fostera, a druga A. nie zabrałaby mnie pewnego wieczoru pod Centralny Koszyk, czyli nasz nowy stadion narodowy. Kilkadziesiąt miesięcy temu kwitł tam Jarmark Europa. Dziś w chwytającej za serce miejskiej przestrzeni (dworzec Stadion, ach), na asfaltowej obręczy zapiętej wokół gigantycznego, wysypanego żwirem parkingu spotykają się rowerzyści, rolkarze i deskarze.

Dzięki ZaDarmo przypomniałam sobie o obowiązku, jaki nakłada Ustawa o Muzeach na obiekty kulturalne. Dzień darmowego zwiedzania w Wilanowie wypada w niedzielę, w Muzeum Chopina - we wtorek, w Centrum Sztuki Współczesnej - w czwartek, w Muzeum Powstania Warszawskiego - w poniedziałek. Moja ulubiona ulubiona miejscówka, czyli Dom Spotkań z Historią nigdy nie pobiera opłat za wstęp.

Wreszcie, gdyby nie ZaDarmo, nie odkryłabym sadowniczego bogactwa na Siekierkach. Pojechaliśmy dziś tam w trójkę; tylko spod jednego drzewa zebraliśmy tyle soczystych, chrupkich, nie skolonizowanych przez robale jabłek, że starczyło na szarlotkę, gar kompotu i jeszcze zostało kilka kilogramów. - Może cydr? - rzucił nonszalancko R. Chyba jeszcze nie jestem gotowa na takie wyzwanie. Ale sok, dlaczego nie?



sobota, 1 września 2012

56

Zaczynamy 6. miesiąc. Doszłam do etapu, że codzienne ogarnianie nie-kupowania przestało zajmować mi całość pamięci operacyjnej, którą dysponuję. W głowie: spokój. Decyzje zapadają automatycznie; coraz mniej kwestii wymaga roztrząsania, coraz mniej konsumpcyjnych wyborów budzi emocje. Robi się... nudno?



wtorek, 28 sierpnia 2012

55

- Więc jak to jest? - pyta D. Siedzimy przy stole. Sałata. Naleśniki z ciasta filo. Wino. Luksus. - Kupujecie tylko to co naprawdę niezbędne, tak? A co z chlebem? Zrozumiałe jest dla mnie, że jest niezbędny. Pieczecie go sami? Makaron własnymi ręcyma zagniatacie? Jogurt? Piwo? Lody? Ciasto?
- Ciasto pieczemy. - odpowiadam, zgodnie z prawdą, pakując sobie do ust dowód w sprawie. Podpieczona pod kruszonką węgierka rozpływa mi się na języku. 4 zł/kilogram.
- Ale śliwki kupiłaś, tak? Nie zerwałaś ich w ogólnodostępnym sadzie? - dopytuje D.
Tak, jestem winna minimalistycznego nadużycia: śliwkowy, jeszcze ciepły crumble jest moim sposobem na obejście zasad które sobie sama narzuciłam. Wzajemność, hojność, gościnność - to oni sponsorują moją niemoc. Nie mam w sobie dość społecznej swobody, która pozwoliłaby by mi się na stałe podpiąć do hipotetycznego, płynącego przez Wszechświat strumienia darmowej obfitości. Uwiera mnie, gdy mam na progu domu, który odwiedzam, pokazać wnętrza pustych dłoni.
Amerykańska dziennikarka Judith Levine, której książka w tym roku  towarzyszy mi na każdym kroku, pisze że w trakcie trwania jej prywatnego antykonsumenckiego testu czuła się jak żydowski sznorer, ktoś, kto puka do drzwi w momencie w którym na stole ląduje kolacja. Ja sięgnęłabym po mniej wyrafinowane określenie, które w słowniku frazeologicznym PWN figuruje pod przymiotnikiem "krzywy".

Po powrocie do domu R. proponuje, żebyśmy w najbliższy weekend zrobili makaron. Żelazny zapas makaronu.

***

Nasza pierwsza prawie-wymiana domów okazuje się być towarzyskim strzałem w dziesiątkę. Nasi goście przyjeżdżają na 4 dni, przywożą uśmiech, luzik, koszyk domowych, pieczołowicie opakowanych smakołyków, domowe ciasto i bukiet pachnącej lawendy, prosto ze swojego ogrodu. Wymiana nie jest symultaniczna; w czasie gdy oni wprowadzają się do naszego mieszkania, my wyjeżdżamy poza Warszawę i odwiedzamy moją kuzynkę. Rewizytę u wymiankowych gości przesunęliśmy na przyszły sezon; mają przyczepę ustawioną nad jednym z jezior Pojezierza Lubuskiego.
R. zachwycony ideą (pierwsze doświadczenie utwierdziło nas w pomyśle międzynarodowej wymiany z kimś, kto będzie miał ochotę na jesienną wizytę w warszawie, obfotografowaliśmy już mieszkanie, nie podjęliśmy jeszcze decyzji z pośrednictwa którego portalu skorzystać) opowiada w pracy o naszym doświadczeniu i słyszy: - A szuflady po powrocie sprawdziliście?

***

Za nami antykonsumpcyjne wyzwanie; wizyta nastolatków. Nastolatki są wielokulturowe (wychowane w mieszanym małżeństwie, mieszkające za Atlantykiem), inteligentne i wyjątkowo oporne (jak na dzieci w ich wieku) na konsumpcyjne pokusy, ale i tak tuż przed godziną zero odczuwam lekkie mrowienie. Nie pójdziemy do kina, ani na kręgle, nie zamówimy pizzy ani suszi, na wyprawę do darmowej wideoteki na Mokotowie, w celu wypożyczenia filmu, nie będzie czasu.
Dzień wcześniej robię burzę mózgów. Skanuję lodówkę. Wypytuję matkę nastolatków, sąsiadkę, wreszcie nianię. Niania ma 23 lat, mówi: zagrajcie w coś! Sąsiadka obiecuje pożyczyć stosik gier. Matka zatwierdza mój plan zrobienia domowego suszi; w lodówce stoi jeszcze reszta sojowego sosu, jest marynowany imbir, ocet ryżowy, w szafce leży paczka wodorostowych płacht do zawijania rulonów z ryżu. Pozostałości dawnych kulinarnych przygód. Kupuję w Tesko ryż (zwykły, do risotto), sałatę, serek, świeże ogórki, dojrzałe (a więc przecenione) awokado, kawałek świeżego łososia. Nie mam wasabi. Obdzwaniam sąsiadów, przyjaciół, którzy mieszkają w okolicy, dzwonię nawet do jednej ze wspólniczek w minimalizującym procesie, z którą mam się tego wieczora spotkać. Udaje się. A., z którą umawiamy się na wieczorne rolkowanie wyciąga z bagażnika swego wielkiego landrowera tubkę wasabi. Ja wręczam jej nadpitą butelkę whisky. Wymiana ręka-ręka odbywa się w symbolicznym miejscu; pod koroną Stadionu Narodowego, niegdyś świątyni nieskrępowanego handlu.

Razem z dziećmi zwijamy kilkanaście ryżowych, opakowanych w wodorosty rolek. Ryż jest rozgotowany (być może w wyniku mojej kulinarnej indolencji, być może z racji wyboru opcji ekonomicznej), imbir, który wyciągam z najdalszego kąta lodówki okazuje się być zbyt wiekowy, aby można sobie nim oczyszczać podniebienie między jednym kęsem a drugim (Tesko oszczędza nam konsumpcyjnych dylematów, gdyż imbiru nie prowadzi). Nikomu to jednak nie przeszkadza. Siedzę z dziećmi i dorosłymi przy stole, roluję, kroję, wciskam do ust kolejne kawałki maki i zapominam o planie, który miałam na kolejną część tego wieczoru. Gry są kompletnie niepotrzebne.