poniedziałek, 21 września 2015

1.2

To było suche lato. W głowie, w gardle, w krajobrazie. Wisła odsłoniła upiaszczony brzuch i wszystko co na nim, na działce kukurydza - zasadzona na wiosnę przez Dzika - zasuszyła się od środka, w kolbach i sterczy teraz jak zaschnięte oskarżenie: wody! W Skaryszaku wpadałam na samochód-cysternę, z czterema kranikami, z których można sobie nalać chłodnej kranówki, piłam ją prosto z dłoni, smakowała doskonale. Na holenderskiej wsi, gdzie trafiliśmy w sierpniu dzięki praktyce home-exchange (od której jesteśmy uzależnieni; nie wyobrażamy sobie już wakacji bez zakotwiczenia się w cudzej chałupie) wody było za to pod dostatkiem. Nasz tymczasowy ogród przechodził płynnie, oddzielony jedynie wąskim kanałkiem. w kukurydziane pole; bujne, wysokie jak w filmie o którym opowiadaliśmy sobie z koleżankami z klasy, na przerwie w ciemnym korytarzu podstawówki, obejmując się za chude ramiona obleczone PRL-owskim, mundurkowym poliestrem. Jednej nocy na polu rozpędził się wiatr tak silny, że wyrwał nam roletę z okna, woda lała się z nieba kubłami. Rano cienka nitka asfaltu oddzielająca nasz dom od krowiego pastwiska była sucha, krowy które noc spędziły zbite w czarno-biały monolit - czyściutkie, jak po kąpieli. Wszystko wsiąkło w poldery. Tylko grzyby, które nasi gospodarze, hodowali pod frontową ścianą (w miejscu w którym sadzi się piwonie albo róże) jakby dwukrotnie spuchły. Wyjątkowo deszczowe było to lato.

To było smutne lato. Na jego koniec pożegnaliśmy się się z S. i Ł., z którymi przez dwa lata uprawialiśmy działkę. Wyjechali na gorący kraniec Europy, skąd pochodzi S. Jeden z ich ostatnich dni w Warszawie spędziliśmy razem w ogrodzie na Jazdowie, przy długim, nakrytym ceratą stole. Postawiliśmy na nim jedzenie, rośliny w doniczkach, wytypowane przez S. i Ł. do adopcji, wytrawny cydr z zeszłorocznych jabłek z naszej działki, który po odkapslowaniu butelek błyskawicznie wyrywał się na wolność. S.i Ł. odjechali czerwonym volkswagenem, zabierając ze całe ciepło, które zebrali i które wygenerowali, ich aloes zaadoptował się na naszym parapecie, w słoikach, które od nich dostałam, zamieszkał pomidorowy przecier. Dużo radości przyniosło to lato.

Ten stół jednak jakoś się do mnie doczepił. I nie chciał puścić. Widziałam podobne też we Włoszech - zbite z przypadkowego, nie zawsze doskonałego budulca, ustawione w przydomowych ogródkach i na działkach, przykryte ceratą i bardzo długie. Dość długie by pomieścić całą włoską rodzinę z przyległościami. Zupełnie inaczej niż te które oglądam na polskich działkach. Dlatego właśnie ten stół, kolektywny, pojemny, gościnny został bohaterem felietonu w najnowszym, październikowym Voyage, który już chyba lada moment pojawi się w kioskach. Bohaterem-katalizatorem, który uruchamia zupełnie inny temat. Ten który od kilku tygodni jest naszym wspólnym, europejskim tematem.

Nie jest moją intencją inicjowanie tu rozmowy na temat tego czy należy przyjmować uchodźców czy nie. Nie będę wchodzić w dyskusję na ten temat, nie będę też starać się przekonywać nikogo do mojego stanowiska (które jest jednoznaczne: człowiek bezwarunkowo, człowiek przede wszystkim). Będę się za to z Wami dzielić informacjami o tym jak można realnie pomóc tym którzy dotarli do Europy lub do Polski.

Dziś jeszcze, do godziny 18:00, można zanosić rzeczy (śpiwory, koce, peleryny przeciwdeszczowe, parasole, duże namioty, środki czystości, przydatne koczującym w obozie: mokre chusteczki dla niemowląt, małe mydełka) do warszawskiego Planu Be przy Pl. Zbawiciela. Stamtąd rzeczy zostaną przewiezione przez wolontariuszy do Tovarnika przy granicy serbsko-chorwackiej.

Przydadzą się też pieniądze które zostaną wydane na miejscu na wodę, jedzenie oraz pieluchy (pieluch nie zanoście, bo organizatorzy akcji mają tylko dwa busy), oraz informacje o tym gdzie można kupić leki. Można je kierować bezpośrednio do organizatorów: https://www.facebook.com/events/155291721481155/

środa, 29 lipca 2015

1.1

150 postów - tyle napisałam tu w poprzednim życiu, przez cały czas antykonsumpcyjnego doświadczenia, które zakończyło się publikacją "mnieja". Książka jest już na świecie już prawie od 9 miesięcy. Wiem, że żyje i że ma się dobrze. Mimo, że nigdy wcześniej nie wypieściłam tak żadnego ze swoich dzieł, okoliczności sprawiły, że porzuciłam ją krótko po narodzinach, żeby zająć się kimś zupełnie innym. Zupełnie nieporównywalnym.

Teraz, gdy mój młodszy syn, który zadebiutował na świecie trochę ponad 5 miesięcy temu, zaczyna interesować się kolejnymi warstwami świata, powoli odzyskuję fragmenty rzeczywistości dla siebie (na razie są to mikro-fragmenty, ale za to jak smakują!) i chcę tu wrócić.

Będę pisać o tym co mnie najbardziej kręci. Czyli o codzienności, tej zwykłej, która jest udziałem każdego. Czasem oglądanej przez pryzmat konsumpcji, a czasem nie. Czasem swojej, często cudzej. Bo choć zostałam dziennikarką, zawsze chciałam być też antropolożką, rejestratorką banałów, kolekcjonerką stereotypów, podglądaczką tego co wydaje się tak nudne, że jest aż przezroczyste. Tu mogę to robić.
Nie będzie to więc ortodoksyjne "nie kupuję", ale z pewnością wciąż "obserwuję".

Zaglądajcie więc. Będzie mi miło.

P.S. A w sierpniu zapraszam na łamy Voyage - próbuję w nim choć częściowo ugryźć temat życia codziennego w Bretanii (oglądanego z perspektywy kogoś kto ma okazję korzystać z chwilowo pożyczonego - wraz z mieszkaniem - lokalnego życia), a w comiesięcznym felietonie piszę o fenomenie garażówek, które są w tym roku jednym z popularniejszych patentów na wakacyjny weekend w dużym mieście.

piątek, 6 lutego 2015

150

Gdybym miała wskazać blogowy sposób pisania i myślenia, który zdecydowanie wpłynął na mnie podczas pracy nad "Mniej", to byłby to sposób reprezentowany przez Konrada Mielcarka z bloga wystarczy-mniej.blogspot.com.

W tekstach Konrada, ukazujących się na "Drodze do prostego życia" jest wszystko to co lubię najbardziej: wyważenie, spokój, bogactwo informacji, spójność i zero ideologicznego zacietrzewienia.

Blog założony (i wciąż pisany) przez Konrada bierze udział udział w głosowaniu na Blog Roku. Żeby na niego zagłosować, trzeba wysłać SMS-a z głosem na numer 7122 z treścią B11137

SMS kosztuje 1,23 zł, ale jest to przy okazji cegiełka na Fundację Dzieci Niczyje.

czwartek, 16 października 2014

nareszcie

Już jest.
A właściwie będzie - od 5 listopada w księgarniach.

Dziękuję Wam, że zaglądaliście tu, zadawaliście pytania, dzieliliście się swoimi przemyśleniami. Bardzo dziękuję.


wtorek, 17 grudnia 2013

148


Dużo bym chciała tu napisać. Tym się podzielić i tamtym, pociągnąć wątek, rozwinąć opowieść. Wyekstraktować z szumu to co wydaje mi się dziś istotne. (S)koncentrować (się). Podciągnąć i dopiąć.

Ale chwilowo robię to wszystko na innym froncie. Intensywnie, tak, że nie starcza mi już na nic innego miejsca. I tak będzie zapewne do wiosny, gdy ostatecznie zmaterializuje się to co się teraz kotłuje.

Porzucam się tu więc. Dziękuję Wam za towarzystwo. Do przeczytania - może znów tu a może tam. W tej samej albo innej formule. Pod podobnym, albo zupełnie innym kątem.

Świątecznie życzę Wam tego co dla Was najważniejsze. Czasu, miejsca, okazji do tego co Wam najbardziej potrzebne.

(źródło: Loesje.pl)

poniedziałek, 28 października 2013

147


W zeszłym roku się nie udało. W dniu w którym Ludwik Majlert z rodziną zaprosili zbieraczy na swoje gospodarskie zagony, realizowałam się w bezgotówkowej wymianie mieszkań.

Udało się za to jednej z moich bohaterek. A., wspomagana przez przyjaciółkę, ściągnęła wówczas z posezonowego pola tonę jarmużu, który, umyty, posiekany i zamrożony pozwolił jej przetrwać Długą Zimą Antykonsumpcji. Jeszcze w marcu wcinałyśmy samosy z jadowicie zielonym wypełnieniem.

W tym roku chętnych do golenia resztek z najmodniejszej warszawskiej plantacji zieleniny było tylu, że właściciele podzielili nas na tury. Kolejne grupy w kaloszach i z koszami ruszały o pełnych godzinach. Mangold, jarmuż, szpinak, rukola, radicchio, cukinie-pogrobowce (A. wygrzebała ich z pół tuzina), porozrzucane między zagonami dynie - posezonowa obfitość, z którą skonfrontowano nas na plantacji była wręcz przytłaczająca. Grupy wracały z pola objuczone ponad miarę. Czyżby sprzątanie resztek z pól stawało się nową hipsterską tradycją?


niedziela, 22 września 2013

146



Wakacje więc. W trybie ekonomicznym, ale jednocześnie na bogato.

Najpierw Bałtyk, potem Bretania. Po raz kolejny przekonuję się, że wymiana domów to nie tylko materialny kontrakt, ale i wzajemne prezentowanie sobie pomysłów oraz porad, tymczasowy switch stylu życia i konsumpcji. Czyjś dom, nawet jeśli jest chwilowo pozbawiony obecności gospodarza, wiele mówi o tym, jak żyje się w konkretnym miejscu. Więcej niż przewodnik, forum internetowe, broszura na hotelowym stoliku, opiekun wycieczkowej grupy.

Następnie Kornwalia, a w niej Eden Project - mój ulubiony park ogrodniczych rozrywek, który odwiedziłam prywatnie podczas Roku Bez Zakupów, a teraz miałam okazję obejrzeć również pod oficjalnym, reporterskim kątem. Potem jeszcze społeczne warzywniaki w Berlinie.

Na koniec Oslo - stolica paradoksalna. Bo z jednej strony najdroższe miasto Europy (albo i świata), a jednocześnie miasto, które ciężko pracuje nad dobrymi standardami, które są związane z przemyślaną konsumpcją: transport publiczny, duma z lokalnego żarcia, gloryfikacja DIY. Można oczywiście kpić, że skoro problem ubóstwa został w Norwegii wyciszony, można się teraz zajmować sprawami z wyższych pięter piramidy. Poświęcać forsę oraz energię na kampanie typu "tani łosoś to zły łosoś", ale z drugiej strony: powszechny brak ostentacyjności, wpisany w styl życia zamożnej Północy, jest czymś co zwyczajnie uwodzi. Kilka lat temu oglądałam w Lillehammer zimową daczę norweskiego króla. Mały biały domek z drewna otoczony zwykłej wielkości działką z przeciętnej wielkości płotem. A. mówi, że relaksuje się - społecznie, wizualnie, fizycznie - w Skandynawii. Ja też.

A teraz jesień. No, prawie. W autobusie, którym jadę z Dzikiem z nowego przedszkola, na ciekłokrystalicznym ekranie - reklama społeczna. Szkoła, pierwsze dni. Dzieci - biegają, pokazują języki, walą pięściami w drzwi od szkolnego kibla, podkładają ofierze upokarzające artefakty: pierdzącą poduszkę, kartkę z napisem "gupek". Ofiara na filmie jest niewidzialna. Bo jak, mówi reklamowy komunikat: "Dzieci, które się wstydzą się biedy, wolałyby zniknąć. Spraw, żeby zamiast nich zniknął wstyd. Pomóż w zakupie szkolnych wyprawek".

Gorzka jest świadomość, że to konsumpcja nie tylko bywa receptą na wykluczenie, ale i jest za taką powszechnie uważana. Że jest to rozwiązanie, podtykane nam przez speców od niwelowania wykluczenia.

wtorek, 9 lipca 2013

145

Ogrodnictwo

Mączniak, mszyce, miniarki, cholerna zaraza. Obrywam chore liście, rozgniatam szkodniki, na dzikich działkach zrywam skrzyp, nastawiam wywar. Pomoże? "Pierwszy rok na balkonie jest zabawowy, drugi - eksperymentalny, dopiero trzeci - realistyczny" - pisze A. W drugim roku zbieram wiedzę na kolejny rok. Uczę się tylu rzeczy. 

Fizyka-chemia

Wystarczy kilka dodatkowych godzin pod cukrem, żeby sok z truskawek zamienił się w wino, chleb z letniego zakwasu jest jak wilgotna chmurka, kefir, kilka dni po odseparowaniu go od żarłocznego grzyba tybetańskiego, robi się cudnie jedwabisty. Uczę się tylu rzeczy.

Lingwistyka stosowana

Nasz słoweński gość, który przyjeżdża na zapowiadany od kilku miesięcy weekend, jest bardzo niezadowolony. - Home exchange is not a room exchange, Marta! - krzyczy przez telefon, gdy próbuję się dowiedzieć dlaczego wyszedł z mieszkania zaraz po tym jak do niego wszedł, zostawiwszy w nim osłupiałego R.
 - Mam 60 lat, Marta, wyobrażasz sobie, że będę mieszkał w twoim mieszkaniu z tobą, twoim mężem i dziećmi (sic!)? 
- Ale tak się przecież umówiliśmy. Zaproponowałam ci pokój gościnny z łazienką, w naszym mieszkaniu, z nami na stanie. Opcja hospitality.
- Mam inne wyobrażenie na temat tej opcji.

Uczę się tylu rzeczy. Nieustannie.

*

Odpinam się na jakiś czas. Do jesieni. Życzę Wam takiego lata, jakiego potrzebujecie.

wtorek, 25 czerwca 2013

144

Jesteś towarem. Jestem towarem.

A. nigdy nie płaci w knajpach kartą, zawsze ma przy sobie gotówkę. Gdy pytam ją dlaczego, odpowiada, że nie chce oddawać się za darmo.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

143

Zaglądam od czasu do czasu na bloga Łukasza Supergana, który od 11 kwietnia przemierza jeden z najważniejszych szlaków pielgrzymkowych świata. Drogę Św. Jakuba - El Camino de Santiago - Jakobsweg. 

Łukasz robi to w prawdziwie minimalistyczny sposób; idzie na piechotę, nocuje w plenerze, pod biwakową płachtą, w klasztorze, na skłocie, u poznanych w drodze ludzi. Jego dzienny budżet to 5 EUR. W krajach zachodniej Europy nijak nie da się tego zamienić na dawkę kalorii potrzebnych mężczyźnie z metabolizmem podkręconym pieszą wędrówką. Idąc na własnych nogach, trudno też jednocześnie dźwigać na plecach zapas jedzenia na 3 miesiące. Łukasz znalazł jednak rozwiązanie idealne. Dziś pisze o darmowym, łatwo dostępnym źródle świeżego i smacznego żarcia. Śmietniku, tudzież kontenerze.

Zdjęcie, na którym Łukasz pokazuje to co udało się wyłowić z jednego z niemieckich śmietników, wbija w ziemię. Bateria jogurtów, sery pleśniowe, mango o doskonale wyglądającej skórce, banany, pudełko truskawek, fabrycznie zapakowane sałatki, bagietka - wszystko, wg tego co pisze, tuż przed upływem daty ważności. Ten wynalazek ma też swoje ciemne strony - mocno wypunktowane w dokumencie "Taste The Waste" - filmu, który powinien zobaczyć każdy kto chce świadomie robić zakupy.

Łukasz ma do przejścia blisko 3500 km, jest w tej chwili mniej więcej w połowie drogi. Ostatni, wybrany przez niego fragment drogi będzie się pokrywał z tzw. Camino Norte, jedną z hiszpańskich dróg do Santiago, która biegnie przez moje ulubione prowincje: Kraj Basków, Kantabrię, Asturię i Galicję. Wszystkie te prowincje mocno inwestują w promocję przeciągniętej przez ich terytorium trasy. Bo El Camino de Santiago, obok baskijskich tapas, asturyjskich kobz, serów-śmierdzielów z Kantabrii i doskonałego białe wina albarino z Galicji, jest wspólnym zasobem tych czterech prowincji. Być może: jednym z najcenniejszych.

Trudno jednoznacznie powiedzieć kiedy Droga Św. Jakuba stała się, jak niemal wszystko co na świecie popularne turystycznie, produktem. Dziś ma swój znak towarowy (vieira czyli muszla przegrzebka), opatentowany wizerunek (Katedra Apostoła w Santiago de Compostela), profil na Twitterze, statystyki pielgrzymów. W popularyzację/promocję/reklamę (dowolne skreśl) szlaku pielgrzymkowego pompuje się setki tysięcy euro, angażując do tego nie tylko pracowników agencji reklamowych, którzy zajmują się pracą nad identyfikację wizualną poszczególnych prowincji oraz całego szlaku, ale i postaci ze świata kultury. W 2007 roku Woody Allen umieścił w Oviedo akcję filmu "Vicky Cristina Barcelona".

Urynkowienie tego co jest/powinno być (znów dowolne skreśl) intymnym, duchowym przeżyciem, nie jest nowym zjawiskiem. Ponieważ ludzka potrzeba chwalenia się udziałem w wydarzeniach, w których w rzeczywistości brało się udział symboliczny, jest stara jak sama ludzkość, już średniowieczni handlarze zwietrzyli interes w handlu muszlami vieira czyli wachlarzowatymi muszlami przegrzebka, zbieranymi z atlantyckich plaż. Vieira noszona na ubraniu, przytroczona do pielgrzymiego kija były sygnałem: byłem, doszedłem o własnych siłach. Nie każdy średniowieczny wanna-be-pilgrim miał dość sił, by dotrzeć na sam koniec trasy, na atlantyckie wybrzeże w Finisterre i poszukać na nim swojej muszli. Każdy jednak mógł ją kupić - w Santiago de Compostela, na placu, pod katedrą, gdzie znajduje się grobowiec patrona szlaku. Handel muszlami przynosił tak ogromny zysk, że został obłożony limitami; arcybiskup Santiago de Compostela mógł ekskomunikować każdego, kto ośmielił się sprzedawać je poza terenem diecezji.

Łukasz chce dojść do samego końca Drogi Św. Jakuba. Do maleńkiej miejscowości nad Oceanem Atlantyckim o nazwie Finisterre, która oznacza koniec świata. Koniec starego - początek nowego. Kiedyś pielgrzym, którzy tu docierał, palił na białej plaży zużyte ubranie i na golasa zanurzał się w srebrno-stalowym Atlantyku. Ocean - jak pralka nastawiona na płukanie duszy - skutecznie wymywał z niej wszystkie grzechy. Pielgrzym wychodził z wody siny i zziębnięty, ale z czystym, prawie przezroczystym sumieniem. Czuł się uprawniony, by zawiesić na szyi vieirę - symbol duchowego odrodzenia oraz dowód odbycia pielgrzymki. 

Łukasz będzie mógł ją kupić na stoisku.

wtorek, 11 czerwca 2013

141

Ta książka, mimo, że podparta tytułem, który budzi sztampowe skojarzenia, sztampowa wcale nie jest.

Aleksandra Seghi pisze w niej o grupach solidarnego zakupu, współczesnych kołach gospodyń (i gospodarzy), filozofii "zero kilometrów". Ale też o permakulturze. Zakwasie. Szkole demokratycznej. Rowerze. Wymianach ubrań i gratów. Kompostowaniu. Makaronie pokrzywowym. O tym, dlaczego warto recyklingować śmieci, czytać etykiety, a z pomocą zakupowych wyborów - dofinansowywać lokalną społeczność.

Nie pytajcie premiera jak żyć, pytajcie Aleksandrę.

Jutro, czyli w środę 12 czerwca, o godz 18, w Trafiku na Brackiej odbędzie się spotkanie z Aleksandrą Seghi, autorką "Zielonej Toskanii". Będę miała przyjemność je poprowadzić.


poniedziałek, 3 czerwca 2013

140

W niedzielę: pachta.

Opuszczony działkowy teren, na który zabiera nas A. wygląda jak zona Strugackich. Wejścia na jej teren strzeże szpaler martwych topoli; nie wiadomo dlaczego umarły, bo wokół kipi życie. Po domkach zostały fundamenty, ledwo wystające z ziemi. Żywopłot, który przestał być dyscyplinowany, skędzierzawił się. Tak pewnie wyglądałyby włosy Beyonce, gdyby przestała je sobie prostować. Zielona kipiel która rozciąga się po obu stronach wydeptanej ścieżki jest poznaczona kreskami, gdzie zieleń jest ciut bardziej cherlawa. To dawne alejki ułożone z betonowych płyt; już częściowo strawione przez chlorofil. Po ogrodzeniach, furtkach - praktycznie nie ma już śladu.

Łubin, ogrodowe maki, rudbekie, nawłoć, margaretki, orliki, irysy to twardziele, wciąż dają radę, mimo 12 lat walki o przetrwanie. A. pokazuje mi rośliny, które są ekspansywne jak perz: sumak, posadzony pewnie przez jakiegoś wojskowego dygnitarza (jego działka jest otoczona kamiennym murem) rozpycha się między tujami, barwinek zagarnia kolejne metry kwadratowe.

Częstujemy się co ładniejszymi okazami, oczy mi latają dookoła głowy; bogactwo tego co za jakiś czas dojrzeje, jest tu wręcz oszałamiające. Porzeczki, morele, brzoskwinie, agrest, aronia, truskawkowe pole, dzika marchew - A. skanuje gąszcz, sadzony rękoma oficerów Wojska Polskiego, którzy sobie na boku składu z amunicją urządzili teren rekreacyjny. Idziemy z koszami pełnymi słodko-miodowego urobku (bez, bez, bez), gdy zza zielonej zasłony dobiega dźwięk strzelaniny. Z zieleni wycina się moro-postać z karabinem w dłoni: - To się może dla was bardzo bardzo źle skończyć. Sprawa jest poważna, wojna to nie czas na pierdoły. - Moja żona też się w to bawi co wy. - rzuca na odchodne kolejny człowiek z czarno-zgniłym kamuflażem na twarzy.

Czy miejskie zbieractwo zrobi się modne? Zastanawiamy się, rozklepując temat w rozmowie i wałkując go potem w różnych zakątkach internetu. - Czy to nie szaber? - pisze jedna z dyskutantek. - Czy to przypadkiem nie szkodliwe? Bałabym się jeść warzywa i owoce zebrane przy miejskim chodniku. - pyta inna.

Zbieractwo to zajęcie, które wymaga interdyscyplinarnej wiedzy i odporności na miejskie mity - także te o skażeniu ołowiem wszystkiego co rośnie w mieście. Liczy się wszystko: geologiczna budowa terenu, kierunek, z którego na ogół wieje wiatr, rodzaj gleby, miejska topografia, historia, indywidualne cechy roślin, ich towarzystwo, częstotliwość zabiegów pielęgnacyjnych. Im bardziej się tym interesuję, tym więcej zależności widzę. Dlaczego wschodnia Warszawa cieszy się czystszym powietrzem, a na Wilanowie ziemia jest wolna od kadmu? Dlaczego jedne rośliny bardziej ochoczo wchłaniają zanieczyszczenia, a inne - nawet posadzone na terenie dawnej zajezdni autobusowej - będą tak czyste, że można by je sprzedawać na biobazarze? Skąd się bierze zadziwiająca czystość miodu zbieranego przez miejskie pszczoły?

Próbuję sobie to jakoś w głowie usystematyzować, podpytując kogo mogę i podglądając dwa fascynujące blogi o tym co można znaleźć i zjeść w mieście/terenie. Herbiness uwiodła mnie swoją wiedzą, kiełkujący Miastożercy - odwagą i zapałem. 

Na stronie Państwowego Instytutu Geologicznego można znaleźć informacje i mapy o skażeniu gleb - między innymi metalami ciężkimi. Najbardziej dotknięty nim region to miasta Wyżyny Śląsko-Krakowskiej, miedziowe zagłębie wokół Lubina, a na Mazowszu: okolice Ożarowa Mazowieckiego (miedź) i Siedlce (kadm). Czyli dwa mazowieckie zagłębia upraw rolniczych. Tereny, na których rośnie jadalna zieleń w dobrze wentylowanej Warszawie, która leży tuż pod nosem wielkiej puszczy i jest jedną z dwóch najzieleńszych stolic Europy (obok Helsinek), znajdują się za to w całkiem niezłej kondycji. Zwłaszcza jeśli są to opuszczone dekadę temu działki, dawne sady owocowe, pośród których PRL-owscy architekci postawili bloki albo dawne tereny uprawowe. Im więcej czasu mija od wywłaszczenia, tym w ziemi też mniej pestycydowego i herbicydowego tałatajstwa.

A tu jest dużo ciekawych informacji na temat warzyw i owoców które powinno się, w miarę możliwości, pozyskiwać w wersji organicznej, bo wyjątkowo intensywnie absorbują toksyny. Idąc tym tropem: celuj w osierocone pole truskawkowe!



piątek, 31 maja 2013

139

Jej teksty, czytane w sieci, dodały mi kurażu gdy w zeszłym roku zaczynałam z domową uprawą warzyw.
W najnowszym wydaniu smacznego pisma o smacznym jedzeniu Anna pisze o warzywniakach w wersji mini. Na parapecie, na balkonie albo na fragmencie dachu. Konkretnie pisze. I sensownie. Czytajcie, bo Anna zna się na balkonowej uprawie jak mało kto.

138

Jeśli nawet Reckitt Benckiser zabiera się za organizowanie swap party to oznacza że wymiana, jako zjawisko zarazem społeczne i ekonomiczne, właśnie przechodzi z niszy do loży. To że biznes sięga po oddolne, gotowe (bo przecież oparte na doświadczeniu setek członków danej społeczności) rozwiązania, nie jest niczym nowym. Mimo, że wstęp na swap party jest za darmo, jego organizator, producent płynu do prania, który - wierząc reklamom - sprawia, że prane w nim ciuchy zamiast się starzeć, młodnieją, nie robi tego za darmo. Ciuchy prać trzeba - najlepiej w płynie, który kojarzy się z miłą okolicznością ich pozyskania. Stawiam na to, że uczestnicy wymiany podczas eventu będą mieć okazję zapoznać się z pełnym spektrum środków piorących Reckitt Benckisera, pobrać próbki Perwolla do wszystkich możliwych wsadów i nasiąknąć konsumencką wdzięcznością. Wszystko po to by później, przy półce w supermarkecie, dać wdzięczności się zmaterializować i sięgnąć po właściwą butelkę.

***

A w Dużym Formacie materiał o Wymienniku; w dniu w którym gazeta się ukazuje, administracja zamieszcza na fejsbukowym fanpejdżu prośbę o zwolnienie tempa, od ilości napływających zgłoszeń grzeje się serwer. I nareszcie! - myślę sobie - bo w Polsce, w przeciwieństwie do pogrążonej w kryzysie Hiszpanii czy Grecji, wymiana usług i towarów wciąż jest albo środowiskową zabawą, albo wstydliwym surogatem kupowania. Tymczasem życie oparte o wymianę (choć częściowo) pozwala urealnić swoją codzienną konsumpcję. Wyekstraktować faktyczne potrzeby, dostrzec faktyczną wartość własnego czasu, zacząć cenić swoją i cudzą pracę. Kto, wchodząc do sieciowego sklepu i ściągając z wieszaka kieckę za dwie stówy, stojąc przy kasie, przelicza jej wartość na godziny własnego przepracowanego czasu? Kto, wyciągając portfel, konfrontuje sam siebie z równaniem: kiecka = dwa pełne dni pracy? Ja sama, decydując się na transakcję z użyciem pieniądza (albo jego plastikowego substytutu) na ogół automatycznie odcinam się od tego typu refleksji. Wchodząc zaś w klasyczną wymianę (dobro za dobro, usługa za usługę) cały czas jestem w kontakcie ze świadomością tego jak cenny jest mój czas. I że nie chcę go trwonić na coś czego nie potrzebuję.

W codziennej ekonomicznej rzeczywistości mało jest rzeczy tak realnych (i tak sprawiedliwych) jak wymiana.

Czy biznesowi uda się ją zawłaszczyć?

poniedziałek, 27 maja 2013

137

Na naszej sąsiedzkiej grządce kwitną pomidory. I lawenda. Cukinia wystawia pierwsze pąki. Rozsypane łapkami najmłodszych ogrodników nasiona już się zahaczyły w ziemi; teraz inwestują we wzrost. - Może rozpiszemy grafik podlewania? - proponuje jedna z ogrodniczek (tak na oko: 8-letnia), obecnym na wspólnym wysadzaniu: - Możemy go przypiąć pod dachem, żeby nie zmókł.

B. przysyła mi zdjęcie przestrzeni pod jej oknami; w zeszłym roku był tu trawnik, który na wiosnę został zrekultywowany; spłachetek świeżo skopanej ziemi zamienił się w ogródek. B. mówi, że najczęściej widzi w nim małą dziewczynkę. Wprowadziła się do bloku zimą, z rodzicami. Zlicytowano im dom, tęsknota za własnym kawałkiem ziemi została.

Z A., balkonową ogrodniczką z Mokotowa spotykamy się u niej w domu. Siadamy na kawałku dachu, zabezpieczonym papą i barierką; A. zaadaptowała go na warzywniak. Trzyma na nim ziołową farmę z drzewkiem laurowym w doniczce w honorowym miejscu, plantację wszystkich liści, które nadają się do jedzenia, krzaczki pomidorów, ogórki-karzełki, mini-brokuły, cukinie, które całą energię zassaną ze słońca, powietrza i ziemi ładują w owoc, a nie liść. Wyciąga z szuflady opakowania nasion, które kupiła w Londynie. "Suitable for growing in containers" - głoszą napisy na etykietach.

A. praktykuje też zbieractwo. Wie gdzie można znaleźć w mieście opuszczone orzechowe gaje, plantacje topinamburu, kolonie owocowych drzew, które co lato obsypują się słodkim, gruszkowo-jabłkowo-śliwkowym bogactwem, ściany uginającej się od owoców winorośli, dywany truskawek. Sama bierze z nich tylko tyle ile jej trzeba, dzieląc się dzikim bogactwem z innymi poszukiwaczami niezdyscyplinowanej żywności. Na poszukiwania zabiera znajomych.

Wild is new black - New York Times publikuje imponującą tabelę o odżywczej przewadze dziko rosnących roślin nad uprawnymi. Dzika marchew bije na głowę marchewkę, liście mlecza rozkładają na łopatki sałatę lodową, borówki amerykańskie mogą się schować przy dziko rosnącej aronii. W tym sezonie już nie tylko Wojciech Amaro karmi gości lebiodą, dereniem i rokitnikiem, ale co druga warszawska restauracja wrzuca do karty cokolwiek co może wywołać asocjacje z "dzikością". Mnożą się kursy rozpoznawania jadalnych kłączy, łodyg, liści i owoców, dostępnych w tzw terenie. Cena: od 30 do 500 zł.

Rynek sięga po wszystko. Nawet po ludzką potrzebę samowystarczalności.

niedziela, 19 maja 2013

136

Gdy wyginą, ludzkość będzie się musiała pożegnać z kawą, czekoladą, cytrusami i przestawić na ryż i orzechy włoskie. Albo ręczne zapylanie (w Chinach, gdzie ludzka praca ma mniejszą wartość niż pszczela, już się to masowo robi). Są pracowite, zrównoważone i niebywale społeczne. A do tego świetnie się odnajdują w miejskim krajobrazie.

Więcej o miejskim pszczelarstwie: już wkrótce.


wtorek, 14 maja 2013

135

Materiały już są. Deski calówki, słupki 10x10, agrowłóknina, dwa metry kwadratowe. Wypchane ziemią worki. Sztuk siedem, każdy po 80 litrów. Jutro R. razem z sąsiadami przekształcą wszystkie te materiały w podwyższaną grządkę, na której w weekend wspólnie z sąsiadami będziemy siać i sadzić jadalne rośliny. Grządka będzie oszalowana deskami, wysoka na 30 centymetrów szeroka na metr i długa na dwa; dość miejsca na sałatę, kabaczki, pomidory, ogórki, może trochę ziół i truskawek.

Koło grządki posadzimy krzaczki: agrest, porzeczki, malinę. W tym roku pewnie już nie zaowocują, ale w następnym tak.

Nie mam zadatków na aktywistkę*. Mam za dużo obaw, wątpliwości, za szybko opadam z sił. I mimo, że uczepiłam się kurczowo tego pomysłu, do końca nie wierzyłam w jego powodzenie - że na tzw. zamkniętym osiedlu, wśród białych, nie poznaczonych niczyją frustracją ścian, na przystrzyżonym, opitym wodą trawniku, który, podobnie jak każdy element osiedla (ożywiony i nieożywiony) jest intelektualną własnością architekta może powstać coś co nie było przewidziane w projekcie. Ogródek sąsiedzki. A udaje się - bez problemów, przy życzliwości i zaangażowaniu administratora i mieszkańców. Ręcyma K., M., M., P., R., moimi. Wspólnie generujemy niespodziankę. Idzie zmiana? 

***

Tasznik, jasnota, bluszcz kurdybanek, lebioda - niedzielny spacer z Jodie i Pauliną, autorkami mapy Jadalnej Warszawy (in statu nascendi) jest pełen fleszbeków. Smak tych wszystkich roślin, rosnących na nasypach kolejowych, w rowach, na zdziczałych działkach jest mi przecież znany - gdy miałam mniej niż 10 lat, wysysałam nektar z ogonków żółtych kwiatów (słodycz), rozgryzałam liście w kształcie serc (świeżość), rozcierałam zębami młode liście buczyny (cierpka kwaśność). I nie tylko ja. Smakowanie wszystkiego tego co rosło za domem, na łące, w lesie, na skarpie nad jeziorem było częścią codzienności; wiedzę o tym co jest jadalne, a co absolutnie nie, dostawało się od innych dzieci i przekazywało dalej. Czy mój syn będzie wiedział, że nie należy pakować do paszczy każdej znalezionej w lesie jagody, że zgnieciony liść babki położony na zdarte kolano hamuje krwawienie, a pewien rodzaj miękkich, srebrzystych liście może zastąpić w terenie srajtaśmę?


* - Mam za to na... partyzantkę:-)


Bomby nasienne z facelią - produkcja Iga Kołodziej, Mint & Lavender


"Plomba kwiatowa" czyli samonawadniająca się doniczka na drzwiach nieczynnej Biblioteki Krasińskich - wspólna partyzancka akcja Kwiatków Bratków i Warszawy Czyta.

sobota, 4 maja 2013

134

- A gdyby tak zacząć raz jeszcze? - zastanawiała się B., jedna z moich wspólniczek, gdy w zeszły weekend zasiadłyśmy na jej działce, w domku który mógłby służyć jako modelowa przestrzeń na Międzynarodowej Wystawie Praktycznego Upcyklingu. - Wiesz, z wiedzą zebraną przez 12 miesięcy, ze świadomością własnych potrzeb i ograniczeń. Przygotować się, tak, żeby niczego nie przegapić.

Kuszące.

Ponad miesiąc po zakończeniu 12-miesięcznego dobrowolnego zesłania na marginesy konsumpcji, wciąż po nich wędruję - z niewymuszoną przyjemnością i nowo odkrytą swobodą. Można powiedzieć: zaczynam od nowa. Z głową wyczyszczoną od "powinnam" i "muszę". Niby pierdoła, a robi kolosalną różnicę.

Ale... gdybym miała zacząć jeszcze raz, zaczęłabym od poszukania alternatywnej do sklepu struktury, która zapewnia regularny dostęp do żarcia. Popularne na Zachodzie zjawisko CSA czyli Community Supported Agriculture w polskiej wersji nazywa się RWS-esem, czyli Rolnictwem Wspieranym przez Społeczność. Pierwsza tego typu grupa w Polsce, skupiająca prawie 20 gospodarstw domowych w Warszawie powstała w 2012 roku. W tym roku ogłosiła nabór uzupełniający. Zasady funkcjonowania są proste; na początku każdy z potencjalnych odbiorców podpisuje umowę lojalności z gospodarstwem rolniczym (to, które dostarcza warzywa członkom RWS Świerże-Panki, jest gospodarstwem ekologicznym) i płaci z góry za cały sezon. Raz w tygodniu rolnicy przywożą świeży zbiór do Warszawy, w konkretne miejsce. Warzywa są tam ważone i rozdzielane między wszystkich członków społeczności. Każdy bierze swoją skrzynkę do domu i zjada jej zawartość. Zawartość skrzynki zmienia się z postępem sezonu wegetatywnego. Na początku, w czerwcu, gdy zaczynają się pierwsze zbiory, jest to głównie sałata w kilku odmianach, zioła, fasolka szparagowa, w szczycie sezonu pojawiają się pomidory, ogórki, papryki, pod koniec, z październiku: dynie, kartofle i korzeniowce. Koszt sezonowego zaopatrzenia, podzielonego na 20 tygodniowych skrzynek to 700 zł. Biorąc pod uwagę nie tylko jakość, ale i ilość warzyw, prognozowaną na każdego z odbiorców w całym sezonie, jest to niezła oferta. Ale w Rolnictwie Wspieranym przez Społeczność nie chodzi tylko o ekonomię. Świadomość tego w jakich warunkach wyrosła marchewka, którą się wciąga na obiad, jest bezcenna. Podobnie jak wiedza o tym kto ją siał, przerywał, a potem wyrywał i przywiózł. Może będę to ja sama? Żeby partycypować w RWS, trzeba się zobowiązać do przepracowania w gospodarstwie dwóch dni w sezonie.

Zbierałabym wszystkie resztki jedzenia do pojemnika na balkonie, przesypując je warstwami poszarpanych gazet albo jesiennych parkowych liści (zebranych zawczasu) i raz w tygodniu wiozłabym je na Ochotę, na działkową farmę kompostu założoną przez waleczną miejską ogrodniczkę - Jodie Baltazar. Najpiękniejszą osobę, jaką miałam ostatnio okazję poznać. Compost Farm na Rakowcu startuje w tym roku w niedzielę, 11 maja.

Jeszcze częściej korzystałabym z tego co rośnie w mieście za darmo, podążając ścieżkami wyznaczonymi przez Jodie i jej wspólników. Na balkonie posadziłabym jeżyny i truskawki, których sadzonki dostałabym od członków Nasiennej Armii Zbawienia. Kisiłabym regularnie kapustę. Poszłabym na ryby. Spróbowałabym przekonać swoich sąsiadów do założenia małego kolektywnego ogródka na terenie osiedla - właśnie staram się to zrobić.

Spróbowałabym podpiąć się pod warszawski darmowy internet.

A w wakacje wybrałabym się gdzieś, gdzie za pobyt mogłabym zapłacić własną pracą. Pociągiem, z rowerami. Tak jak zrobiliśmy tydzień temu, jadąc z Dzikiem do Małopolski, przy okazji testując niezwykle przyjemną ofertę TLK, która pozwala dwójce dorosłych osób podróżujących z dzieckiem do 16 roku życia dostać po 30% zniżki na głowę.

Dużo wcześniej kupiłabym też mocarny mikser.


Zrobiłabym więc wszystko to, co robię teraz.

***

Od kilku dni przez mój dom płynie strumień kontrahentów. Pomidory, nonszalancko wysiane w połowie marca do zardzewiałej brytfanki, wykiełkowały na bogato. Wymieniam je więc na jabłka, talerze, kolorowy papier do zabaw z nożyczkami, trampki dla Dzika albo punkty w Wymienniku. Przy okazji pielęgnacji tegorocznych siewek zebrałam trochę wiedzy na temat tego co się doskonale sprawdza w roli zastępczych doniczek. Kartony Tetrapack, półlitrowe pudełka po lodach Grycana, duże opakowania po jogurcie - to moi faworyci. Rolki po papierze toaletowym - kompletnie się nie sprawdzają, pleśnieją. Podobnie zresztą jak torfowe doniczki zakupione na przełomie marca i kwietnia w Lerła.

piątek, 19 kwietnia 2013

132

Uczta trwa. Bezgotówkowa.

Jutro, 20 kwietnia, na Urban Markecie będzie można powymieniać się nie tylko smakołykami, ale też kuchennymi recepturami i utensyliami. Stoiska chętne do bezgotówkowej wymiany będą oznakowane, a na specjalnej tablicy zawisną przepisy do wymiany. Zabawę organizuje Thingo.pl, platforma internetowej wymiany, która w tym tygodniu intensywnie promuje wymiany okołojedzeniowe. Na portalu można w tej chwili wywalczyć kosz piknikowych przysmaków dla czterech osób, chlebowy zakwas od Zwierzaka Bułki i Spółki, kolorowe makaroniki od Sucre, marmoladę z gorzkich pomarańczy, sernik z zieloną herbatą, organiczny cukier trzcinowy. Są też warsztaty kulinarne, papierowa recyklingowa deska do krojenia, komplet naczyń z Duralexu i ciśnieniowy ekspres do kawy. Wszystko można pozyskać bezgotówkowo - wystarczy zaproponować oferentowi coś co złapie go za serce i zrobić machniom. Mi udało się wymienić komplet łyżeczek po przejściach (mimo, że od roku funduję swoim szafkom regularne przeczyszczenia, wciąż znajduję w nich coś do wyekspediowania w świat) na porcję domowego kremu z pora i przegapić próbę przejęcia książki "Gotuj z Julią", czynioną przez chleb o urzekającej nazwie Tomiło. Za długo się zastanawiałam.

W niedzielę, 21 kwietnia Wymiennik.org organizuje w Warszawie pierwsze targi żywnościowe – planuję się tam stawić z paletą pomidorowej rozsady, własnymi ręcyma sianej i przesadzanej do kubków wylizanych z jogurtu. 

Zakwas na żur, na barszcz, na chleb, kapusta kiszona, klarowane masło, ocet jabłkowy, gomasio – w następną sobotę, 27 kwietnia Beata z Wymiennika ponownie organizuje warsztaty praktycznego przetwarzania. Brałam udział w prototypowym wydaniu, polecam. Warto się zarejestrować na Wymienniku i zaciągnąć alterkowy dług.
Panie Maslow, może i jest tak, że głód nie buduje. Apetyt to jednak co innego - jest doskonałym spoiwem. Wymiana, jeden z podstawowych społecznych rytuałów buduje więzy między sąsiadami (ja ci szklankę cukru, ty mi dwa jajka), znajomymi (wy nam kolację, my wam jeszcze lepszą kolację), nawet partnerami (ja ci jajecznicę, ty mi ...[dowolne wstaw]). Większość z nas, dając, mniej lub bardziej świadomie oczekuje rewanżu. Jeśli nie tu i teraz, od tego konkretnego partnera, to kiedyś, od wszechświata. Ta potrzeba, choć może zostać uznana za destrukcyjną, tak naprawdę sprawia, że lgniemy do siebie. Ja potrzebuję ciebie, ty potrzebujesz mnie.

Rok bez zakupów był dla mnie lekcją teorii wymiany w praktyce. Poznałam sterujące nią mechanizmy, zrozumiałam dlaczego dążymy do tego żeby wymiana była sprawiedliwa, poznałam konsekwencje przyjęcia daru zbyt skąpego i zbyt hojnego oraz niewłaściwie wręczonej jałmużny. Próbowałam prześlizgnąć się przez granice, wyznaczone przez kulturę. Czasem czułam wstyd, czasem zakłopotanie, czasem wkurzenie, czasem zmęczenie, gdy grafik zobowiązań (tu odebrać, tam zawieźć) mnie przytłaczał. Dużą częściej jednak: przyjemność. Nie tylko materialną. Wymieniałam niepotrzebne żarówki na piwo, kolczyki na skrzynki do sałaty, stanik w rozmiarze przed biustonoszową konwersją na baterię doskonałych domowych konfitur. Zdjęcie, które stoi dziś oparte o ścianę na wprost mojego biurka, dwa czarno-białe indyki na tle irańskiej ściany też ma wymiankowe pochodzenie. Oddałam za nie lampę z lat 70., którą kupiłam kiedyś na niemieckim ibeju. Była u mnie przez chwilę, powędrowała dalej. Miała, widać, własną trajektorię, ja byłam na niej jedynie tymczasowym punktem. Podobnie jest z portkami, które założyłam dziś na spotkanie z A.: - O, moje spodnie! - powiedziała, gdy mnie zobaczyła i zaraz sprostowała: - Moje były przez chwilę, wcześniej należały do kogoś innego.

O miejscach, w których można się z sukcesem wymieniać, napiszę następnym razem. Najbardziej lubię te w których można pozyskać coś dobrego do zjedzenia bez wyciągania portfela, a jednocześnie wejść w bezpośrednią relację z osobą, która to jedzenia przygotowała. Wracając do Maslowa, jedzenie to poziom podstawowy; od niego wszystko się zaczyna.

piątek, 12 kwietnia 2013

131

Jutro wybieram się tu. Jedna z członkiń Wymiennika organizuje dla reszty społeczności warsztaty kuchennej samowystarczalności.

***

"Your payment helps confirm your message isn't spam" - dziś doświadczam na własnej skórze skutków nowej polityki Facebooka, który zapowiedział niedawno wprowadzenie opłat za przesyłanie wiadomości do tzw. celebrytów. Okazuje się jednak, że nie tylko do nich; żeby włożyć zapytanie do prywatnej skrzynki organizatorki warsztatów (z którą nie jestem zafriendowana) muszę odpalić FB 60 groszy. W przeciwnym razie moja wiadomość trafi do folderu Other - worka z wiadomościowym śmieciem, do ręcznej segregacji. Czy ktoś do niego w ogóle zagląda?

czwartek, 11 kwietnia 2013

130

36% uprawianych na świecie odmian pomidorów, 32% słodkiej papryki i 49% kalafiorów należy do koncernu Monsanto. Żeby wyrazić swoją niezgodę na taki stan rzeczy, można się podpisać pod petycją o zreformowanie europejskiego prawa patentowego (do miliona brakuje jedynie 100 tysięcy podpisów), albo unikać produktów które powstały we współpracy z koncernem. Herbaty Lipton, przypraw Knorra, pepsi oraz kokakoli (auć).

A ogrodnicy z kornwalijskiego Eden Project radzą po prostu zbierać własne nasiona:-)



129

Brawo, krakowski magistracie.

wtorek, 9 kwietnia 2013

128

Mój węglowy odcisk jest skandalicznie głęboki. Jego głębokość jest jednak zmienna - zależy z którego z dostępnych w polskiej sieci kalkulatorów korzystam. Kalkulator dostępny na stronie stworzonej przez międzynarodowy koncern zajmujący się dostawą usług komunalnych (a w ich ramach m.in. - odbiorem śmieci), wycenia mnie na niecałe 9 ton CO2 tocznie. Podobne narzędzie stworzone przez Fundusz Inicjatyw Obywatelskich jest mniej litościwe. Wynik, który dostaję po odpowiedzi na wszystkie pytania, jest miażdżący: jestem odpowiedzialna za wypchnięcie do atmosfery prawie 11 ton CO2 rocznie.

Zestaw pytań w obu kalkulatorach jest w zasadzie podobny: krążą wokół zużycia wody, sposobu wykorzystywania sprzętu AGD, patentów transportowych, konsumpcyjnych oraz wypoczynkowych. Jest jednak pomiędzy w/w narzędziami zasadnicza różnica: aby skorzystać z pierwszego z nich, muszę wyspowiadać się z kilku danych, powszechnie uważanych za statystyczne. Podać województwo, płeć, przedział wiekowy. Wystarczy, że podobnie zrobi kilkanaście tysięcy internautów i raport o terytorialnym rozkładzie uświadomionych ekologicznie odbiorców usług komunalnych - gotowy.

1 lipca upływa czas na wybór nowego odbiorcy odpadów komunalnych, wyznaczony przez znowelizowaną ustawę śmieciową.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

127

- No i co kupiłaś? Na co się skusiłaś?- słyszę tu i tam.
- Nic takiego.

Nie jestem w zakupowym nastroju. Potrzeb nie brakuje: wytłuczone talerze, nić w odcieniu cyan, co by pierwszą kwietniową dziurę w skarpecie zamknąć nicią w harmonizującym kolorze, stanik może, mikser (no przecież), miso, moździerz, coś dla Dzika też.
Nie tylko czasu mi szkoda. Wydaje się, że rok zakupowego ograniczenia pozbawił mnie podstawowych konsumenckich odruchów; w grze pt. "zdefiniować, znaleźć, zapłacić" zatrzymuję się na pierwszym etapie. Definiuję więc sobie rozkosznie, owszem, co raz, tu i tam, ale na następny level nie wchodzę.

Dusigrosz mój wewnętrzny, wcześniej skutecznie zagłuszany, w tym roku urósł w siłę. Odzywa się co i rusz, uruchamiając finansowy dupościsk. Jadąc nad morze, wybieram Interreggio i PKS Wejherowo. W restauracji proszę o kranówkę (Kredens w Jastrzębiej Górze, Młyn pod Mariaszkiem przy siódemce - kelnerska reakcja: bdb). Z Rossmanna wychodzę z... całym opakowaniem patyczków do uszu. R. nie kupuje nowych dżinsów. A zamiast pojechać do Ikei po zaplanowany gościnny materac (którym chcieliśmy zastąpić kanapę, która kilka miesięcy temu wywędrowała do nowych właścicieli, pod Otwock), dzwonimy do M.: - Pożyczysz swój? Pożycza. Prześcieradło dostaję od A., mojej szczecińskiej wspólniczki. Pasuje idealnie

Materac czeka na Florę z Brukseli - pierwszą osobę, która odezwała się do nas tuż po zeszłorocznej rejestracji na Homeexchange.com. Flora, krytyczka sztuki, szukała wówczas warszawskiego noclegu na kilka nocy, ale w ostatniej chwili kurator wystawy, którą miała odwiedzić i zrecenzować zasponsorował jej pokój w Sheratonie. Nasza pierwsza wymiana nie doszła więc do skutku, ale kontakt się utrzymał - duża to zasługa ulicy przy której mieszkam, jej nazwa pochodzi od jednego z ważniejszych żydowskich miast w przedwojennej Polsce, w którym przyszedł na świat ojciec Flory.

- Mam nadzieję na wspólną kulinarną przygodę. - piszę w ostatnim mejlu Flora. To tak jak i ja. W mijającym roku jedzenie stało się moją religią, a rok izolacji od knajpowego życia Warszawy sprawił, że czuję się jakbym właśnie - po długim poście - dostąpiła wreszcie prawa świętowania i stanęła przed stołem z wszystkimi możliwymi przysmakami świata. Ponieważ najwięcej tęsknych myśli posłałam w ubiegłych tygodniach w stronę buły z kotletem z siekanej wołowiny, dziś, w przerwie pomiędzy jednym spotkaniem a kolejnym zaglądam do Burger Baru na Olkuskiej. Gdy objuczona ciężką torbą, biorę zakręt z Puławskiej, moje ślinianki pracują na pełnych obrotach. Rozpłaszczam się jednak nosem o szybę. Poniedziałek, o! Dzień odpoczynku, zamknięte. Ależ się zmienia to miasto!

***

W niedzielę wystartowała polska pilotażowa runda Tygodnia Innego Niż Wszystkie. Kilkunastu ochotników spróbuje przez tydzień funkcjonować tak jak Colin Beavan żył przez cały rok. Bez korzystania z windy, samochodu, telewizora, lodówki, bez kupowania czegokolwiek co zostało wyprodukowane z ropy, przejechało więcej niż kilkaset kilometrów albo zostało indywidualnie zapakowane. Wszystko po to, by spróbować spłycić ślad węglowy, czyli osobistą chmurę dwutlenku węgla (i podobnego mu towarzystwa) wypchniętego do atmosfery.

Mam problem ze śladem węglowym. Z jego wyceną - bazującą na uśredniającym algorytmie. Z czynieniem go winnym całej ekoniedoli świata. Wreszcie z przerzucaniem odpowiedzialności za zadyszkę Ziemi na nas - konsumentów. A to nie my przecież decydujemy o tym, żeby pastę do zębów pakować w kartoniki, to nie dla naszej wygody w sklepach coraz trudniej o żarcie, które nie jest poplasterkowane i ofoliowane i to nie nam zależy na tym, żeby inicjację każdego nowego produktu na rynku wzmacniać wielotorową kampanią reklamową. Marketing, logistyka, optymalizacja, unifikacja - oto główni winowajcy. Ale nie tylko oni.

Gdy wypełniam podesłany przez jednego z Was (dziękuję!) program* zadziwia mnie to, że do drastycznej redukcji ilości emitowanego do atmosfery dwutlenku węgla, potrzebna jest... modyfikacja kierunku polityki energetycznej kraju, w którym mieszkam. Ja sama - biorąc pod uwagę skaczące słupki wygenerowane przez kalkulator - nie mam takiej mocy. Nawet jeśli zrezygnuję z samochodu (bo choć na ogół stoi w garażu, jego produkcja pochłonęła kiedyś mnóstwo energii), sporej, acz energooszczędnej chałupy, podróży, nie jestem w stanie zmniejszyć - zdaniem kalkulatora - radykalnie swego prywatnego wkładu w degenerację warstwy ozonowej. I tak będzie dużo za duży.
 
Oprócz niejednoznacznego stosunku do śladu węglowego, mam też problem z Colinem Beavanem. Kupuję (wybiórczo) szerzone przez niego idee, ale nie kupuję jego. Może dlatego, że z książki, filmu, artykułów prasowych które czytałam wywnioskowałam, że to nie idea jest u niego na pierwszym miejscu, ale on sam. Wpływowy, wzmocniony tym co najlepsze w marketingowej myśli No Impact Man.

piątek, 5 kwietnia 2013

126

Niezbędny - taki, bez którego nie można przetrwać, normalnie funkcjonować; taki, który jest bardzo potrzebny. Tyle od Wikisłownika.

Niezbędność definiowała nasze życie przez ostatnie 12 miesiący. Gdy szykowaliśmy się do startu w kwietniu, każdy z nas (nie tylko my, ale i dwunastka pozostałych uczestników doświadczenia) próbował ustalić obszar objęty prywatnym konsumpcyjnym embargo, zdecydować co faktycznie jest dla niego niezbędne, a bez czego może próbować się obejść. U każdego ten obszar wyglądał inaczej i u każdego z biegiem miesięcy ewoluował. W różnych kierunkach.

Stworzenie ogólnych założeń nie było trudne. Idea przeżycia roku bez zakupów nie jest niczym oryginalnym; w 2004 roku zrobiła to amerykańska dziennikarka Judith Levine - owocem roku bez zakupów jest książka "I'm not buying it", inspiracja dla nazwy tego bloga. Pięć lat później tematem życia na marginesie mainstreamowej konsumpcji zajęła się też Samantha Weinberg. W sieci jest conajmniej kilkanaście blogów poświęconych próbie przeżycia roku (albo i dłużej) bez kupowania nowych ciuchów, produktów spożywczych albo czegokolwiek co jest nowe, a kilka dni temu Guardian opublikował tekst Joanne O'Connell, która zdecydowała się wytrwać 12 miesięcy z dala od supermarketów. 

Nasze pierwotne założenia były dość ogólne. Jeśli żarcie, to sezonowe, w miarę możliwości lokalne i jak najmniej przetworzone. Zanim osiągnęliśmy w tej materii sprawność, minęło kilka tygodni. W końcu doszliśmy do momentu, w którym ze sklepów i bazarów przynosiliśmy wyłącznie podstawowe, najprostsze produkty. Niezawodną, stałą brygadę. Zawartość naszej kuchennej spiżarni zdecydowanie zmieniła charakter, miejsce gwiazdorów jednej kolacji zajęli nudziarze - kasze, makarony i węglowodanowa domina - mąka. W dużych papierowych torbach, prosto z młyna.

Przez cały rok tylko raz skusiłam się na mięso w sklepie i była to wyjątkowo kosztowna sztuka mięsa. Jagnięcy udziec, prawie 2-kilogramowy, zapłaciłam za niego, zanim pomyślałam. Przestaliśmy za to kupować egzotyczne owoce (poza bananami, winogronami i cytrusami w okołoświątecznej okolicy) i warzywa. Z czasem upadały kolejne przekonania o Niezbędności. Odstawiliśmy więc butelkowaną wodę, brązowy cukier, oliwki, konserwowe ogórki, a oliwę z oliwek, którą wcześniej konsumowaliśmy litrami, zastąpiliśmy polskim olejem rzepakowym. Tłoczonym na zimno, kupowanym z pośrednictwem nieformalnej kooperatywy. 

Z wieloma pokusami ani razu się nie skonfrontowaliśmy. Nie-kupowanie gumy do żucia, ptasiego mleczka, sezamków, hałwy, miśków Haribo, batoników, chipsów, napojów energetycznych, owocowych jogurtów, serów z wkładką, śledzi w śmietanie, która nigdy nie kwaśnieje i wszystkiego co jest zamknięte w kolorowym, fachowo zaprojektowanym opakowaniu było dziecinnie proste; nic z tych rzeczy nie wołało do mnie, gdy wchodziłam do sklepu. Zresztą część z nich przestałam zauważać już dawno temu. Trudno za to było rozstać się z czekoladą; po kilku tygodniach napięć na czekoladowym froncie uznaliśmy że jest nam Niezbędna

Przez 12 miesięcy tylko kilka razy kupiliśmy alkohol. R. nie mógł się pogodzić z piwnym embargo, więc zaczął warzyć własne. Ja tęskniłam za prosecco; dwa razy pozwoliłam się tej tęsknocie zmaterializować. Pierwsza butelka pękła gdzieś w połowie procesu, kolejna na zakończenie 9., w sylwestrowy wieczór, który spędziliśmy w pożyczonym domu.

W roku bez zakupów skupiliśmy się więc na zaspokajaniu naszej podstawowej potrzeby. Ale nie tylko Poszliśmy nawet dalej: jedzenie (wybieranie ingrediencji, szykowanie, konsumpcja wreszcie) stała się jedną z najbardziej efektywnych, dostępnych nam przyjemności. To był zdecydowanie rok obfitości.

niedziela, 31 marca 2013

125

Ignoruję dzisiejsze godzinowe przesunięcie i moszczę się w skradzionej godzinie, poza oficjalnym biegiem czasu. W mojej bańce północ jeszcze nie wybiła; zostały 52 minuty.

Ostatni dzień bez kupowania mija bez napięć. Rano rozstawiamy na stole cztery zdekompletowane nakrycia i wszystko to co przygotowaliśmy dzień wcześniej: biały barszcz na pszennym zakwasie hojnie rozlewanym do wszystkich chętnych słoików na piątkowym Le Targu, pieczone kiełbaski, jajka z ukręconym własnoręcznie majonezem, chrzan tarty przez łzy (wyjątkowo zakupiony w korzeniach, ale śnieg przykrył siekierkowski, przerośnięty chrzanem wał), chleb. Dzik zamaszystym ruchem zrzuca na podłogę dwa talerze; szmyrg, skorupy z Bolesławca rozpadają się na części. W szufladzie z talerzami: zdecydowane braki.

Gdy wychodzimy po śniadaniu do parku, śnieg dopiero zaczyna prószyć. Górka w Morskim Oku nie jest rozjeżdżona; Dziko wpada w ekstazę, ćwicząc długie ślizgi na sankach. Wracamy, śniegu w powietrzu jest coraz więcej, puchnie jego kaliber: to już nie połyskujący brokat, ale konfetti. Wieczorem balkon, na których kilka dni wcześniej zaczęłam robić ogrodnicze porządki, wygląda jak oblepiony cukrem. Włączam gwiazdkową iluminację; łańcuch mlecznych kulek, wpleciony w siatkę, którego od kilku lat nie chce mi się demontować. Szukam w necie cud-preparatu, którym mogłabym wypełnić wyszczerbione ranty kilku ostatnich talerzy, które nie zdążyły się wytłuc w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

***

Zestaw pytań jest w gruncie rzeczy stały. Zmienia się w zależności od stopnia zażyłości. Najbliżsi wybierają bezpośrednie "dużo zaoszczędziliście?", przeważająca większość: "co kupicie 1 kwietnia?". M. jest ciekawa czegoś zupełnie innego: - Co się zmieniło? Z czym się pożegnałaś, co zostanie z tobą na dłużej?

Coś co zaczęło się jako zawodowy eksperyment, reporterskie poletko do rozpisanej na tygodnie opowieści o społecznym procesie, stało się ważnym fragmentem mojego osobistego procesu. Rok to kawał życia przecież. Próba przeżycia tego czasu na marginesie oficjalnego nurtu konsumpcji odrobinę go wydłuża - tak, to jeden z pierwszych wniosków. Nie-kupowanie pomaga odzyskać czas. Zdecydowanie.

piątek, 29 marca 2013

124

Trochę mniej niż dwie doby do końca. W głowie mam spokój, którego nie zaburza nawet kolejna zapaść miksera - chłopak dopiero co został przywrócony do życia przez serwisanta (który twierdził, że zainstalował w jego wnętrzu części inne od tych, które są powszechnie dostępne na Allegro), a odmówił współpracy po kilku próbach zamieszania. Wiem już jaki będzie mój pierwszy zakup.

Po 12 miesiącach przyglądania się swoim potrzebom wiem które z nich faktycznie zasługują na realizację. Rok rezygnacji z natychmiastowego reagowania na pojawiające się w głowie impulsy zrobił swoje - świadomościowo cofnęłam się do czasów, w których nikt jeszcze nie słyszał o kolekcjach, które co kilka tygodni bombardują sklepy, w związku z czym wymuszają szybko-szybko decyzję. Gdy byłam w liceum, w domu towarowym który stał niedaleko szkoły, na piętrze z tzw. damską konfekcją wisiała kiecka. Chodziłam wokół niej kilka tygodni, nie mogąc się zdecydować czy zaczynać w domu negocjacje na temat jej ewentualnego zakupu czy nie. Kiecka cierpliwie wisiała, aż w końcu o niej... zapomniałam. Być może  regularnie miętolenie w dłoni jej żółtej materii sprawiło, że zdążyła w mojej głowie spospolicieć - bez kupowania.

Gdy nagle poczujesz, że chcesz kupić coś niezaplanowanego, wyjdź ze sklepu - radzą specjaliści - Poczekaj 30 dni, zrewiduj swoją potrzebę, a potem wróć. Jest spore prawdopodobieństwo, że wypatrzonej rzeczy już nie znajdziesz na wieszaku. Ale czy to faktycznie sukces?

Trudno mi uwierzyć że minął już rok. No, prawie, bez dwóch dób.

poniedziałek, 25 marca 2013

123

"Konsumpcjonizm nie jest odbiciem zidiocenia jednostek, ale po prostu wyrazem naszych cech społecznych. Pokazuje, jak bardzo ludzie przejmują się sobą nawzajem" - GW, Grzegorz Sroczyński, "Co nas boli w środku Europy"

sobota, 23 marca 2013

121

- Myłaś doniczki pod prysznicem? - woła R. z łazienki. - No to zapchałaś odpływ. Substancja, którą mój mąż bierze za czarnoziem, to w rzeczywistości zmielona czarna kawa. Znaczy: peeling, a właściwie produkt zastępczy, który - jak się okazuje - w życiu pozagrobowym jest cichym dusicielem domowej kanalizacji.

W roku bez korzystania z komercyjnej oferty upiększającej, moim najczęstszym rozwiązaniem jest... rezygnacja z upiększania. Odpuszczam sobie wszystko to, za co zwykłam płacić specjalistkom: równo położony lakier, hennę na rzęsach, masaże. Oddaję głowę każdemu kto się nie boi nożyczek, jednak tym razem mam potrzebę, aby zajął się nią zawodowiec. Albo prawie zawodowiec. Na studiach chodziłyśmy całymi stadami do szkoleniowego ośrodka jednego z producentów farb do włosów. Nie udaje mi się do niego dodzwonić, dobijam się za to tu: - Czy jest już pani zdecydowana? - pyta sekretarka. - Bo właśnie wchodzi nowa kolekcja. Szkolenie w najbliższym tygodniu. Potrzebujemy modelek z włosami do ramion. Strzyżenie będzie za darmo, pod warunkiem, że zgodzi się pani na jedną z trzech fryzur.

Kolekcja szlifuje się w jasnej sali na piętrze; 10 stanowisk, 10 głów (na różnym etapie życia: od początkującego po schyłkowy), krzyżujące się w powietrzu sprężyny suszarek, fryzjerskie specyfiki w olbrzymich opakowaniach. Fryzjerka prowadzi mnie do ustawionych w kącie fryzjerskich misek: - Może kuracja wzmacniająca? Tylko 55 zł. Odmawiam, ale nie jest to łatwe: potrzeba odwdzięczenia się jest silną zawodniczką. Fryzura, mimo że usztywniona lakierem, bardzo mi się podoba. Dodaję do niej czerwoną szminkę (inspiracja po spotkaniu z pewną mądrą aktywistka, która podkreślała ust swych koral piękną strażacką czerwienią) i raźno wychodzę w śnieżycę. Łatwo mi zrozumieć kobiety, który kryzysowe zaciskanie pasa rekompensują sobie zakupem koloru do aplikacji na usta; nie jestem już transparentna.

***

Im bliżej końca, tym luźniej w głowie: w przedostatnim tygodniu doświadczenia pozwalam sobie na kilka zakupów, których niezbędność jest, ekhm, dość dyskusyjna. Nowy Jesper Juul. Rajstopy dla Tadzia. Mleko kokosowe.

***

Przedszkole - kończy się dwutygodniowa kurcgalopka, wyścig przedszkolnych zbrojeń, trudny, najeżony czas, w którym rodzicom 3-latków debiutujących w świecie wczesnej edukacji powinno się ustawowo zabronić pojawiania się w miejscach publicznych. - Ciiii, mama - mityguje mnie mój syn. Stoimy razem w kolejce po śledzie, a gdy kolejka przede mną zaczyna się niespodziewanie multiplikować, zaczynam pojękiwać. Rok radykalnego ograniczenia konsumpcji nie przekształcił mnie w zen-klientkę.

Przedszkole, z którym chcielibyśmy aby nasze dziecko spędziło trzy najbliższe lata życia, wydaje nam się doskonałe. Szanse, że się tam dostaniemy, są niewielkie; na jedno miejsce kandyduje trójka dzieci.

czwartek, 21 marca 2013

120

Środa - przeziębienie, które we wtorek zdawało się odpuszczać (dzięki temu udało mi się pomyślnie przejść bezgotówkową transformację fryzurową) wróciło. Leżę na kanapie, paruję, syn skacze mi po korpusie. Dzwoni telefon. W słuchawce męski głos, o piaszczystej barwie: - Dzień dobry, dzwonię z banku. Mam pytanie. Czy usiłowała pani właśnie dokonać transakcji na portalu edreams.com, płacąc za nią kartą kredytową. Jedenaście tysięcy złotych, trzysta.
- Nie.
- Nie próbowała pani? - nad piaskiem pojawia się chmura - Hmmm. Chwilę później miała miejsce kolejna próba: tym razem na tysiąc czterysta - to też nie pani?
- Nie.
- No i jeszcze wcześniej, w styczniu, ktoś próbował, z pomocą pani karty kredytowej, obstawić na czeskiej stronie zakłady sportowe. Czterokrotnie. - na piasek wdziera się płaska fala. - I dzwoniliśmy do pani. - Fala jest wykończoną strzępiastą grzywką. - Wiele razy dzwoniliśmy. - Cofa się. - Ale nie odbierała pani. To co, zastrzegamy?

(no nie odbierałam, fakt, myślałam, że to kolejna oferta kredytu/lokaty/funduszu - dowolne skreśl)

Robię w głowie przegląd transakcji z zeszłego roku. Były dwie, obie w internecie: płaciłam kartą za wynajęcie auta w Anglii i kupiłam z jej pomocą bilety do Helsinek. Karta jest też na stałe podpięta do Paypala, za pomocą którego regulowałam abonamentowe zobowiązanie wobec HomeExchange. To wszystko; karta, mimo że ma już prawie rok, praktycznie trwa w uśpieniu; roczne saldo które wystukałam z jej pomocą nie było dość wysokie, by znieść roczną opłatę za użytkowanie, którą bank właśnie przypieczętował pierwszy rok rozluźnienia naszyh wzajemnych kontaktów. To się zdarzyło pierwszy raz; nigdy wcześniej nie zostałam finansowo upomniana za brak aktywności:-)

Co za sanawabiczys! Spryciule, fundują sobie wakacje na cudzy kredyt - piszę internetowym koleżankom w zaprzyjaźnionym kąciku netu, jednocześnie fantazjuję próbując sobie wyobrazić kim jest i gdzie się wybiera ktoś kto próbuje do sfinansowania własnego odpoczynku użyć zestawu numerów który należy do kogoś innego. Jest samodzielny czy korzysta ze zorganizowanego wypoczynku? Marzy mu się snorkeling na Malediwach? Wycieczka statkiem na Galapagos? Kurs hiszpańskiego w wiosce nad jeziorem Atitlan? "To się nazywa chichot losu" - odpisuje jedna z nich - "za twoje oszczędności z eksperymentu wysłać się (wysokoemisyjnym samolotem) na konsumpcyjną orgię na egzotycznej plaży gdzie drinki podają w kokosach zbieranych przez dzieci."

Trudno o bardziej symboliczne zakończenie rocznego cyklu ograniczenia konsumpcji, czyż nie?

Po odbębnieniu procedury zastrzegania piaskowy głos pyta mnie o to czy życzę sobie nową kartę: - Proszę zadzwonić więc na infolinię. A ja życzę pani miłego dnia.

Wyjątkowa, nierówno oszlifowana barwa konsultanckiego głosu sprawia, że ochoczo odbieram następny telefon z mojego banku . Tym razem dzwoni kobieta - energiczna, familiarna: - Nie potrzebuje pani przypadkiem kredytu konsumpcyjnego? - pyta radośnie.

Wiosno, nadciągaj!

wtorek, 19 marca 2013

119

O crowfundingu coś jeszcze napiszę. Od innej strony - nie tej hurra, bo Polak Potrafi. Na razie jednak rekomenduję:



http://polakpotrafi.pl/projekt/permakulturowa-regeneracja-mos-w-lodzi/

Tymczasem znikam w śnieżycy. Wrócę z nową fryzurą. Bezpłatną, za to z cyrografem w pakiecie.

sobota, 16 marca 2013

118

Na Gazecie.pl czytam o fałszerzach pomidorów. Część naszych pomidorów, wysianych w oskalpowanych opakowaniach po mleku ryżowym, przykrytych jedynym kawałkiem transparentnego plastiku, jaki znalazłam w chałupie, właśnie zaczyna kiełkować. Tam, gdzie nie sięga tafla prowizorycznej szklarni - cisza. R. kupuje więc folię spożywczą. Nie pamiętam już kiedy się skończyła - jakieś 8 miesięcy temu?

Za mną pierwszy webinar Cohabitatu, czyli seminarium internetowe - ależ synergia! Przyjemnie jest zanurzyć się w chaosie i wyjść z niego z tyloma pomysłami - na nasienne bomby chociażby.


Nasienna Armia Zbawienia i Bank Nasion - to dwa życzliwe początkującym ogrodnikom miejsca. Funkcjonują według zasad ekonomii wymiany; można się w nich zaopatrzyć w nasiona tradycyjnych odmian roślin, a zaciągnięty dług spłacić w następnym sezonie - nasionami własnoręcznie zebranymi.


***

W przerwie między kolejnymi fragmentami "Masterchef": reklama ."Ponoć niektóre tanie piwa są warzone nieuczciwie" - mówi mężczyzna, który z dyktafonem w dłoni wypytuje informatora. Mężczyzna jest zdecydowany i lekko zachmurzony, konfident o pękatej sylwetce i zniekształconym głosie podaje więc w końcu nazwę jedynego uczciwego producenta na rynku. Mężczyzna świętuje. Uczciwym piwem, warzonym bez pośpiechu i bez dodatku enzymów, rzecz jasna. "A jak warzone jest twoje piwo?"

- Moje, hę? - pyta R. i odkapslowuje kolejną flaszkę.


***

Rozliczenie podatkowe. Wyjątkowe. To pierwszy rok, w którym nasz roczny łączny dochód jest mniejszy niż rok wcześniej. R. pożegnał się z sycącym etatem w korporacji, ja radykalnie zmieniłam proporcje czasu poświęconego na pracę i na życie. Nasza finansowa intymność jednak na tym nie ucierpiała. Pojawiły się w niej za to nowe elementy - stabilność, bezpieczeństwo, poczucie lekkości. Nie tylko na koncie (choć udało nam się spłacić całość zadłużenia na karcie kredytowej, wypłynąć ponad kreskę debetu i wprowadzić zasadę, która być może nie jest rozwiązaniem polecanym przez doradców finansowych, ale przynosi sporo satysfakcji: co miesiąc dorzucamy do każdej raty kredytu jakieś 15-20%), ale i w głowie. Czy ta lekkość przekształci się w ssanie - okaże się za kilka miesięcy.

czwartek, 14 marca 2013

117

Finał już za 18 dni? Niemożliwe!

Perspektywa finiszu sprawia, że postanawiamy wreszcie wykorzystać dwa bilety do kina, zakiszone przez byłego pracodawcę R. na karcie ze skoncentrowaną kulturą, przydzielaną pracowników w ramach tzw. benefitów. Wieczorem przyjeżdża A., a my celebrujemy pierwsze od roku wychodne z tzw. celem. Femina, Dzień Kobiet - dopiero później dociera do mnie że nawet moje rozrywkowe wybory mają wyraźny kierunek.

W kasie okazuje się, że korporacyjna karta z Feminą nie współpracuje. Jeden bilet kosztuje 18 zł. Nie zastanawiamy się ani chwili; blisko 70-letnia Femina może lada moment zostać starta z kulturalnej mapy Warszawy, na cztery sale kinowe w podziemiach potężne przedwojennej kamienicy przy Al. Solidarności ma chrapkę koncern Jeronimo Martins, ojciec wszystkich Biedronek w Polsce.

Sala jest niemal pusta. Oprócz nas: jakieś sześć osób. Reżyserka, Maria Sadowska, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej mówi, że Dzień Kobiet jest filmem o systemie w jakim wszystkim żyjemy. Prymitywne techniki szkoleń, pampersy, trup leżący w otwartym sklepie, poronienie przy inwentaryzacji, pogróżki - to co najbardziej poruszające, wydarzyło się naprawdę. Można o tym było przeczytać nie tylko w gazetach, ale i w sądowych aktach. W necie czytam wypowiedź Marii Sadowskiej: Konsultowaliśmy każdy detal scenariusza z prawnikami.

Więc Femina (kontra Biedronka), Halina (kontra Motylek), 36 zł. Grzech, owszem. Ale w jakim stylu!

***

Dziko wkracza w kolejny etap rozwoju. Są widoki, są perspektywy - na zerwanie z ciągłym praniem pieluch. Poproszę szampana.

piątek, 8 marca 2013

116

W tym sklepie za jedno nasiono którejś z ekscentrycznych odmian pomidora (które urodą przypomina ogórka, mandarynkę albo owoc strzelającej w paluchach śnieguliczki) trzeba zapłacić 50-60 groszy. Nasiono zostanie dostarczone pocztą, w zgrabnej strunowej torebeczce. Detalicznie, w komplecie z 9 podobnymi.
Tutaj identyczne nasiono, pakowane po 500 sztuk, kosztuje 5 groszy.
Zgadza się, że dziesięciokrotne przebicie to marża 1000 procent?

Pieniądze są wszędzie tam gdzie kiełkują trendy. Każda dziedzina życia to pole do popisu dla tropicieli zalążków nowych konsumpcyjnych kierunków, które natychmiast po tym jak zostaną namierzone, przechodzą w ręce marketingowych hodowców. Chucha się na nie i dmucha, pielęgnuje, segreguje, zaszczepia w odpowiednim środowisku, aż urosną, zakwitną i przekształcą się w potrzeby. Od kilku sezonów w krajach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych modna jest samowystarczalność domowo-ogródkowa; w Polsce, kraju gospodarnych działkowiczów, dopiero zaczyna się proces nobilitowania jej do rangi zajęcia, które jest nie tylko pożyteczne, ale i modne. A skoro jest modne to potrzebuje odpowiedniej oprawy. 

W procesie hodowania trendu liczy się wiele czynników: wizerunek, odpowiednie towarzystwo, język. Moja matka do spulchniania ziemi między rządkami wschodzących roślin używała haczki. Ja mogłabym robić to "szlachetnie zaprojektowanym kultywatorem ręcznym ze stali nierdzewnej, z jesionową rączką". Gromadziła nasiona (te, które zebrała sama w poprzednim sezonie, albo dostała od zaprzyjaźnionych działkowych sąsiadów), ja przebieram wśród najnowszych kolekcji mastgrowów. To nie przypadek, że tegoroczne mastgrowy to rośliny popularne dwie, trzy, cztery dekady temu. Niemodne, uznane kiedyś, podobnie jak imiona Wacław i Stefania, za obciachowe, w tym roku - na fali zainteresowania retro-ogrodnictwem - wracają w pachnącym pochodzie. Ogrodowa awangarda to jeżówka, dzwonek, powój, rozchodnik.

Nawet 60-letni Działkowiec, kiedyś zgrzebny, został poddany wizualnej kuracji odmładzającej i czerpie z rzeki trendów: w jego najnowszym wydaniu można przeczytać tekst o tym jakie korzyści płyną z ogrodnictwa w stylu slow. Fajnie, ale czy ogrodnictwo w ogóle może być nie być slow?

Magazyn Better Homes and Gardens, wśród ogrodniczych trendów na 2013 rok wymienia m.in. warzywno-owocowe bukiety (lilie przetykane liśćmi kapusty włoskiej), ogródki ziołowe na parapetach, staroświeckie odmiany kwiatów, zbieranie własnych nasion, hodowanie kurczaków za domem, ogrody społeczne oraz zjawisko nazywane w anglosaskim obszarze językowym "homesteading". Jeśli chcesz być na czasie, bądź gospodarny. W zeszłym roku nauczyłeś się robić pesto z bazylii zebranej z własnej grządki, w tym roku naucz się ten sos wciskać do puszek, tak żeby przetrwał całą zimę (a adres miejsca, w którym zakupisz osprzęt do domowej produkcji konserw, znajdziesz na stronie X).

***

Zapisałam się na internetowe seminarium ogrodnicze. Cena minimalna 15 zł, sugerowana 30 zł. Możliwy wolontariat.

wtorek, 5 marca 2013

115

Jak zjeść krajobraz?

Nasiona zakupione. Jak i żeliwna łopatka, wyprodukowana przez Spółdzielnię Inwalidów. Zakup ewidentnie kompulsywny, po silnym wpływem ciepłego wiatru z południa.
W niedzielę jemy pizzę (z własnego piekarnika, rzecz jasna) z M., sąsiadem z piętra. Nasze dzieci dynamicznie bawią się w "oddaj! to moje", a my podciągamy roletę i patrzymy wspólnie na najbliższe sąsiedztwo po drugiej stronie ulicy. Jeszcze dwa lata temu był tu gęsty drzewny gaj, zamykający liściastą linią horyzont. Dziś zostało kilka drzew, a na ogolonej z nich powierzchni krzątają się ciężkie maszyny, stawiające na mikroskopijnej działce 6-piętrowego kolosa na 140 mieszkań: - Postanowione. - mówi M. - Pójdę tam i w akcie obywatelskiej niezgody posadzę im pod płotem drzewo. Wyhodowałem je sam, w doniczce.

Chcę napisać reportaż o polskiej partyzantce ogrodniczo-krajobrazowej. Szukam bohaterów, którzy przekształcają nieużytki w warzywniaki. Jeśli znasz któregoś z nich albo sam nim jesteś, odezwij się do mnie, proszę: martasapala@gmail.com


***

Jeśli przypadkiem planujecie rozważyć zakup apartamentu wybudowanego przez poznańskiego developera Nickel Development, rzućcie jeszcze raz okiem na jego najbliższe otoczenie. Transparentny, niemal niezauważalny budynek na skraju rzutu z góry, który pokazuje szlachetne, filmowe sąsiedztwo budynku mieszkalnego, został na nim nazwany "biurowcem". W rzeczywistości to betonowy szkieletor o niepewnej przyszłości - trudno dziś orzec, czy zostanie wykończony, czy rozebrany, czy unieśmiertelniony w obecnym kształcie. Już się do niego przyzwyczailiśmy, mamy wciąż jeszcze gdzie kierować wzrok, gdy siadamy na naszej kanapie z widokiem, a poza tym wypatroszona konstrukcja stoi w sporej odległości od naszych okien. Wy będziecie go jednak mieć na wyciągnięcie ręki.

piątek, 1 marca 2013

114

Foodsharing czyli dzielenie się domowymi nadwyżkami jedzeniem, które nie mają szansy zostać wchłonięte w danym domu przed upływem terminu ważności - czy to możliwe w Polsce?

Mega -sknery  w TLC - czekam, niecierpliwie przebierając kopytami.

wtorek, 26 lutego 2013

113

Temperatura rośnie, ziemia mięknie, pulchnieje, zaczyna oddychać, z jej powierzchni znikają grudkowato-lodowe strupy. Przenoszę z balkonu do mieszkania jedną z glinianych donic z zeszłoroczną, wyczyszczoną z korzeni zawartością, rozcieram palcami grudy, rozkładam nasiona, podlewam. Potem długo myję ręce. Dziś przez czarną powierzchnię przebijają się zielone pręciki. Nowy cykl - start; błąkam się po sieciowych sklepach ogrodniczych i myślę czym by tu ten start uhonorować.

***

Drugie podejście do warzonego w domu piwa - bdb. Jest równowaga w smaku, jest i gaz. R. postanawia nasz pokojowy, pachnący urobek przed zabutelkowaniem potraktować miodem; wspólnie z Dzikiem (chłopczyk podaje mi puste butelki, a ojcu - kapsle) napełniamy 40 flaszek. Oj, ta partia nie będzie stać w piwnicy tak długo jak poprzednia, a zestaw domowego piwowara, wypożyczony od K. i O., na stałe zagości w chałupie*.

***

W Mokotowskim Centrum Integracji Mieszkańców: warsztaty z efektywności osobistej. Bezpłatne, organizowane przez Fundację Rozwoju Rodziny, dofinansowywane przez miasto. Dostaję się do szczęśliwej czternastki (w pierwszym dniu publikacji ogłoszenia o warsztatach w necie zgłasza się 40 osób). Maszeruję rano przez zaśnieżone Wierzbno. Mam w sobie satysfakcję i obawę jednocześnie: czy będzie biznesowo? demagogicznie? paździerzowo? przypadkowo? z garnkami, kołdrami, banerami sponsorów?
Jest... doskonale. Czysto, uczciwie, bez prób zakamuflowanej sprzedaży.
Trenerka pewną i kompetentną ręką przeciąga grupę przez prawie trzygodzinny, intensywny proces, wygniatając grupę hurtowo i detalicznie. Zadaje domową robotę: mam przez sześć dni notować na co poświęcam każdy kwadrans kolejnej świadomie przeżytej godziny. Notuję więc. Efekt mnie zaskakuje, bo dowiaduję się o sobie czegoś nowego (niezbyt wygodnego). Kompletnie za darmo. 
- Ludzie nie szanują tego za co nie muszą zapłacić. - mówi E., aktywistka społeczna, z którą spotykam się dzień później. Ja też nie szanowałam. Kiedyś. Czy nowo nabyty stosunek pozostanie ze mną na dłużej?

* - Chałupa - właśnie. Pojawia się myśl. Tak rewolucyjna, że wręcz niedorzeczna. Na razie ją uważnie oglądam(y). To progres, bo rok temu pomysł o podobnym charakterze nie miałby szansy nabrać wyraźnego kształtu, zostałby zmiażdżony przy pierwszej próbie przeciśnięcia się z podświadomości. A teraz? Witaj, myśli, paś się, myśli, obaczym co z ciebie wyrośnie.

piątek, 22 lutego 2013

112

Intimissimi przy ruchliwej ulicy. W witrynie plakat ze zrecyklingowanego, szarego papieru. Biusthalter, tiszert, gacie. 12 zł, 8 zł, 4 zł. Zielone hasło: wspieraj recykling. Wspieraj, pozbądź się starego, a pozyskasz środki na nowe.
 
Gdy segreguję zawartość bieliźnianej szuflady, myślę o jednym: czy Intimissimi zapewniło swoim sprzedawczyniom komplety rękawiczek, w których będą przeliczać delikatne artefakty? Nie. Proceder odbywa się praktycznie bezdotykowo. Przy kasie stoi kontener, kształtem przypomina urnę wyborczą. Otwór jest zasłonięty czarnym rozciętym na krzyż kołnierzem; wciskam do środka dłoń z każdym pojedynczym dessoussem, a ekspedientka głośno liczy. - Jeden, dwa, trzy... - Bal maturalny, studenckie wakacje w Bieszczadach, prezent od mamy, prezent od M. - Dziewięć! - uśmiecha się, odprowadzając wzrokiem dłoń z ostatnią sztuką. - Nieźle, ale panie, które były u nas wcześniej, wrzucały dwa razy tyle
W kontenerze lądują jeszcze dwie złachane na śmierć bluzki. Sprzedawczyni odlicza talony; gdybym chciała z ich pomocą zrobić w Intimissimi tańsze, ekologicznie zaangażowane zakupy, musiałabym nabrać towarów za 600 zł. 
Talonów za stare majtki nie da się bowiem wymienić na nowe; można nimi jedynie regulować 20 procent należności. O ile towary nie będą przecenione, ani objęte promocją: - Nie opłaca się zużywać talonów do zakupu majtek. - ściszonym głosem mówi ekspedientka. - Trójpak ze stałej promocji wychodzi taniej.

Cała operacja zajmuje nie więcej niż 5 minut. - A teraz – uśmiecha się szeroko sprzedawczyni. - Teraz zapraszamy na zakupy*. Chowam talony do torby: - Może później?

***

- Widzę, że pani kiedyś do nas przychodziła. - młoda dziewczyna na powitalnym stanowisku Głównej Czytelni na Koszykowej biega wzrokiem po ekranie monitora. - Ale karta już dawno wygasła. 
Jestem tu po siedmioletniej przerwie. Biegam z pierwszego piętra na drugie, z powrotem, a potem jeszcze raz na dół. Formalnościom musi się stać zadość; nie mogę zasiąść przy jednym z ponad stu stanowisk, odpalić lampki z zielonym kloszem, legitymując wyłącznie dowodem. Legitymacja, rewers, indywidualny kod do wi-fi ("Proszę go nie zgubić. Jest ważny przez 5 lata"). Termosy, zawinięte w papier kanapki, cukierki – zostają przy wejściu, na półce pod kartką „Zakaz wnoszenia jedzenia i picia na salę”.
Na parterze kącik internetowy. 12 stanowisk. 90% użytkowników to mężczyźni. Na monitorach: pasjans, gra sieciowa, Allegro. Ostry zapach. Kartka na ścianie: „Szanujmy siebie nawzajem. Za niewłaściwe zachowanie wydajemy pisemny zakaz wstępu na salę”. Jeden z użytkowników podchodzi do informacji. Jest zdenerwowany, mówi głośno: - Dlaczego wyłączacie internet co 15 minut? Właśnie się zalogowałem na konto bankowe i dupa. I co mam teraz zrobić? Komputer ze mną nie współpracuje. Wymagam żeby współpracował.
Dziewczyna patrzy się na niego długo, mówi, że nic nie może z tym zrobić. Gdy nieznośny petent odchodzi, odwraca się do koleżanki: - Słyszałaś? Komputer z nim nie współpracuje. Niech sobie kupi taki co będzie współpracował. Ech. - przewraca oczami. - Tobie też się wyłącza internet?

***

Urodziny A. 
Przynoszę chleb - wyszedł doskonale, do ciasta dodałam mielonego rozmarynu. A. odkraja piętkę, smaruje masłem zmieszanym z miso. - Pycha. - oblizuje się – jaki to? - Orkiszowy. - odpowiadam. - Akurat. Nie możesz mieć pewności, co oni do tego sypią. - mówi. - Ależ wiem. Samodzielnie sypałam.

***

* Oddelegować emerytowaną bieliznę, która najlepsze lata ma za sobą, do przekwalifikowania się w materiał izolacyjny? Kusząca perspektywa. A. pisze o tym na Ulicy Ekologicznej. Zrobić to i uniknąć wmanewrowania się w niepotrzebne zakupy w chudym dla handlowców okresie (ważność talonów kończy się tuż przed startem letnich wyprzedaży)? Oddać, jak podpowiedziała mi B., talony dziecku. Niech się bawi w robienie zakupów.

niedziela, 17 lutego 2013

111

W sobotniej Gazecie Wyborczej (luksus, którego nie potrafię sobie odmówić) czytam o prezydencie Nowego Jorku, Michaelu Bloombergu, który właśnie zapowiedział krucjatę przeciwko kubkom i pojemnikom ze spienionego polistyrenu, używanym do transportowania gorących napojów i dań na wynos. Jeśli tak się stanie, Nowy Jork dołączy do miasta Portland, kalifornijskiego hrabstwa Orange oraz Tajwanu - pionierów w uwalnianiu się od styropianu. Czy miasto, które wykreowało kult picia kawy na ulicy, potrafi ten kult trwale zmodyfikować? Przegnać nie tylko styropian, ale i powlekany woskiem i plastikiem papier?

Wściekły ranek. Ciemno jeszcze, mroźnie. Peron na warszawskim Dworcu Centralnym jest pełen podróżnych. Przytupują, kulą się, siorbią z papierowych kubków ozdobionych logotypami dwóch największych potentatów na warszawskich rynku kofeiny na wynos. Świeżo odnowiony pasaż nad peronami został podzielony między gigantów: amerykański Starbucks i brytyjski Coffee Heaven mają punkty tuż obok siebie. Przez każdy z nich przepływa strumień zaspanych podróżnych. Mało kto siada przy stoliku; naparstek kofeiny, chmura pachnącej mlekiem pary, dłoń, która zgarnia z blatu papierowy kubek. Tam gdzie jest ruch, rozkwita kultura jednorazowych opakowań.

Trudno jednoznacznie uznać, kto jest autorem zjawiska „kawa na wynos”. Wiadomo, że już w XVI wieku kawiarnie w Damaszku oferowały co bardziej niecierpliwym klientom napoje w drewnianych naczynkach. Z kolei biało-niebieska Anthora, pierwszy jednorazowy kubek na kawę, zaprojektowany przez Lesliego Backa, pojawiła się w nowojorskich barach już w 1963 roku. Dziś wciąganie kofeiny na ulicy, w biegu między metrem a biurem, tak bardzo kojarzy się z nowojorskim stylem życia, że w 2012 roku "New York Times" umieścił Anthorę wśród 50 przedmiotów, które zmieniły historię tej metropolii.

 (Kłopotliwa miejska legenda - papierowy kubek Anthora, źródło: sprudge.com)

Można się oczywiście spierać o to czy Anthora ponosi odpowiedzialność za rozkwit kłopotliwego dla środowiska obyczaju picia kawy w biegu czy nie. Ten czysto użytkowy, nie naznaczony niczyim logotypem przedmiot w szczytowym momencie swojej popularności był produkowany w ilości 500 milionów sztuk rocznie. Z czasem został jednak zepchnięty z kontrowersyjnej pozycji głównego generatora okołokawowego śmiecia w stanie Nowy Jork. Zdetronizowały go papierowe i styropianowe kubki z logo popularnych sieciówek serwujących macchiato za 3 dolary. Gdy pod koniec lat 90. drobniutka, wbita w wysokie obcasy Carrie Bradshaw zaczęła przemierzać plenery "Seksu w Wielkim Mieście" z latte w dłoni, ikoną nowojorskiego stylu stał się wielki biały kubek z zielonym logo, a Anthora poszła w odstawkę.
Biało niebieski papierowy kubek z napisem "We are happy to serve you" wciąż jest produkowany, ale nie jest łatwo go znaleźć. Jego wielbiciele wymieniają się adresami miejsc w których wciąż leje się gorące napoje do Anthory. Te miejsca to na ogół małe deli, sklepiki, kawiarnie, o których można powiedzieć wszystko poza tym, że są modne, za to porcje rozwodnionej americany na wynos sprzedają za niespełna dolara.
Dziś tylko jeden z głównych graczy na międzynarodowym rynku sprzedaży kawy z pianką, czyli Starbucks, zużywa rocznie 4 miliardy jednorazowych kubków (wg Forbesa). Ale o co chodzi? Przecież dbamy o środowisko - deklarują PR-arowcy Starbucksa - już od dawna nie używamy styropianu, tylko papieru! Papierowy kubek jednak wcale nie jest lepszym rozwiązaniem niż styropianowy. Wykonany z celulolozowej miazgi, pokryty woskiem albo plastikiem (PE) nie jest, rzecz jasna, tak toksyczny jak jego kuzyn ze spienionego polistyrenu, ale rozkłada się równie opornie. Do tego jest 2,5 raza droższy i wyjątkowo łapczywy; proces jego produkcji zużywa dwukrotnie więcej wody, 12 razy tyle pary i 36 razy więcej prądu.

Alternatywą mógłby być jednorazowy kubek biodegradowalny - opatentowany przez australijską firmę Planetware PLAnet Cup. Jest pociągnięty nie plastkiem, ale biofilmem o organicznym pochodzeniu. Można go wyrzucić na kompost. Biały, idealny pod zielone logo. Można by też spróbować zaadaptować ceramiczną czarkę z nieszkliwionej, surowej glinki - wykorzystywaną w hinduskich pociągach do dystrybucji gorącego ćaju. Hindusi po jej opróżnieniu na ogół wyrzucają ją przez okno, prosto na tory. Brutalne? Okruchy wypieczonej glinki są dla środowiska mniej szkodliwe niż styropianowa kasza.

Nie życzę źle Starbucksowi, chciałabym jednak, żeby zamiast trwonić pieniądze na budowanie swego zielonego wizerunku, poszukał rozwiązania które pogodzi interesy wszystkich zainteresowanych:  koncernu, klientów i środowiska. A dopóki najwięksi światowi gracze nie zassają nowych rozwiązań, pozostaje tzw. praca u podstaw. Wciągajmy espresso za 3,5 zł przy barze (spróbujcie poprosić włoskiego operatora ekspresu, żeby przelał kawę do papierowego kubka:-)) albo tankujmy duże latte do własnych termicznych kubków. Wyobrażacie sobie Carrie Bradshaw defilującą Piątą Aleją z stalowym kubkiem Sigga w dłoni? 

Fajnym sposobem na wyrównanie ekologicznego rachunku jest notes, wyprodukowany przez Christin Ripley - wśród okładek wyciętych z zużytych kubków można też wypatrzyć słynną Anthorę:


(źródło: inhabitat.com)


***

Styropian jest wszędzie. Ze polistyrenowej pianki robi się też tacki na porcjowane mięso, plasterkowane sery oraz oczyszczone, pokrojone warzywa sprzedawane w supermarketach. Styropianowe są wytłoczki, używane przez dostarczycieli jajek (nawet tych od szczęśliwych kur) i pudełka na żarcie na wynos - również w moim ulubionym wietnamskim barze na Chmielnej. Gdy upłynie moje prywatne moratorium na żarcie na wynos, zacznę do niego jeździć z własnym słoikiem. Tak jak robią klienci realizujący w barach mlecznych bony z opieki społecznej.